O mnie

Wiem co jest sekretem idealnego milkshake'a i znam przepis na kremowe piwo z "Harry'ego Potter'a". Uwielbiam niebanalne połączenia, a najbardziej znana jestem z łączenia jedzenia i filmów. Uwielbiam wszystko co kolorowe, szczególnie donuty z kolorowymi posypkami. Mam siedmioletniego syna Tymka. Jestem też autorką książki "Kuchnia filmowa". Bloguję o kombinacji jedzenia i filmów, babskich sprawach, byciu 'plus-size' i swoim życiu.
Psychologia

Pułapka nadmiernego myślenia

 

Mielenie w głowie wciąż tych samych tematów, wracanie myślami do spraw, które wywołują negatywne myśli i ciągłe analizowanie wydawało mi się kiedyś moją zaletą. Sądziłam, że jestem po prostu bardzo refleksyjna, a myślenie w kółko o tych samych sprawach choć najczęściej bywa męczące, to jednak da mi odpowiedzi na dręczące pytania.

Utknęłam w pułapce zdarzeń, które nie dawały mi spokoju i nie pozwalały pójść do przodu. Nie zawsze były to sprawy warte rozważań i zastanawiania się wielokrotnie.

Czasami szukanie wyjaśnienia jest nic nie warte, bo istota nie leży w sytuacji, ale w podejściu do niej. 

Usłyszałam ostatnio o sobie kilka wniosków. Po pierwsze, że moje ciągłe wracanie do pewnych spraw i sytuacji, to tak naprawdę wywoływanie negatywnych rzeczy, a po drugie, że najzdrowszym podejściem byłoby nie robienie tego, co te negatywne rzeczy wywołuje, w domyśle: przetwarzania, wracania wciąż do problemów, analizowania ich i myślenia. Stworzyłam sobie w głowie algorytm, który polegał na tym, że jeśli poświęcę dostatecznie dużo czasu na analizę, to z pewnością w końcu spłynie na mnie jakiś wniosek, sprawy zostaną odpowiednio przepracowane, a lekcje wyciągnięte = sukces, doświadczenie i umiejętność radzenia sobie z podobnymi sprawami w przyszłości. Tak naprawdę było to przeżywanie różnych zdarzeń, rozdrabnianie ich, ciągłe powracanie do problemów, jednak bez realnego ich rozwiązania.

 

Okazuje się jednak, że ta refleksyjność, którą sądziłam, że posiadam, nie ma nic wspólnego ze zdrową refleksyjnością, gdyż w rzeczywistości podszyta jest dużym stopniem lęku nieproporcjonalnym do zagrożenia. A refleksyjność polega na byciu cierpliwym, spokojnym, zdystansowanym. Polega na tym, że widzisz negatywne rzeczy, ale się do nich nie przywiązujesz. Za lękiem idzie irracjonalność, która jest ciężka do zniesienia. I z jednej strony wiem,że jest to sprzeczne, a z drugiej irracjonalność oznacza, że coś jest nie tak i to coś trzeba naprawić. Ale jak naprawić coś, gdy się człowiek zaplącze w sieć własnych lęków i mechanizmów obronnych?

Bo lęk związany z czymś konkretnym może uniemożliwiać zadowolenie z wykonywania różnych czynności, ale też dawać bolesne poczucie, że nie potrafimy zrobić niczego dobrze. Nawet tych pozornie prostych rzeczy.

Dostałam cenną wskazówkę, która polegała na uświadomieniu mi, że często po prostu szukam dziury w całym i znajduje problemy tam, gdzie ich nie ma. Jednak dla mnie te problemy istniały, więc dlaczego było to tak odbierane? Ponieważ moje nieustanne przemyślenia podszyte niepokojem i lękiem były zupełnie bezużyteczne.

I co teraz? Jak żyć, gdy ma się w sobie tyle neurotycznych cech, które są męczące nie tylko dla mnie samej, ale również dla ludzi dookoła mnie. Jak to zwalczyć i jak sobie z tym poradzić? Może znowu powinnam coś przemyśleć?

Doszłam do wniosku, że niepokój i analizowanie wszystkiego nie musi być stałym elementem mojego życia, a mój niespokojny mózg potrafi jednak czasami dojść do jakichś dobrych wniosków, które zamiast generować kolejny strach, dają poczucie ulgi.

Jak to zrobić? Przestań wierzyć we wszystko co myślisz. 

„Świat w XXI w. to cywilizacja podlegająca nieustannym zmianom, które są zaskakujące i wymagają ciągłego przystosowania się na nowo. Nakłada to na człowieka konieczność rozwijania cech, które do niedawna nie były istotne. W rzeczywistości niezbędna jest umiejętność dostrzegania i definiowania problemów, zdolność przetwarzania informacji, a nawet transformacji naszego myślenia.”

Nadmierne myślenie może nas spowalniać, hamować, ograniczać zdolność do dobrych uczuć, ograniczać spontaniczność, elastyczność, a także wywoływać poczucie stałego nienasycenia. Z kolei to powoduje, że wzmagają się faktyczne niepowodzenia i zwiększa się rozdźwięk między osiągnięciami, a możliwościami. Życiem kierują skrajności – raz pojawia się poczucie wspaniałości, a następnego dnia totalnej bezwartościowości i w każdej chwili można wpaść z jednej skrajności w drugą.

Ruminacje (termin używany w psychologii) – roztrząsanie, uporczywe myślenie o nieprzyjemnych wydarzeniach, rodzaj myśli charakteryzujących się towarzystwem wątpliwości i generowaniem lęku i niepokoju

Ruminujemy, gdy czujemy się źle, ponieważ sądzimy, że objawi nam to sposób rozwiązania problemów. Jednak daje to całkiem przeciwny skutek: zdolność rozwiązywania wyraźnie słabnie, a przeżywanie w kółko i od nowa tych samych, nieprzyjemnych zdarzeń nie prowadzi do ich lepszego zrozumienia. Myślenie staje się częścią problemu, a nie rozwiązaniem. Do tego pojawia się niecierpliwość – chcemy wszystko natychmiast naprawić, nie zdając sobie sprawy, że ten wytężony wysiłek tylko pogarsza sprawę. Nasze przemyślenia prowadzą donikąd i okazują się być tylko jałowym filozofowaniem, którego dopuszczamy się, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Szukamy rozwiązania przez godzinę, dwie, a potem przez całą noc, dzień, a nawet tydzień. I nie prowadzi to do niczego.

Myślenie i analizowanie samo w sobie nie jest złe, o ile prowadzi do jakichś wniosków, a nie jest jedynie zjawiskiem, które męczy i obciąża nas psychicznie (a często również fizycznie – nadmierne myślenie w nocy = brak snu = zmęczenie). Mózg, który szaleje od nadmiaru scenariuszy po prostu wpada w pułapkę. Zamiast stale pytać dlaczego coś się stało, trzeba zadać sobie pytanie – co można z tym zrobić.

Świadomość jest pierwszym krokiem, aby zakończyć nadmierne myślenie. Należy zacząć zwracać uwagę na sposób analizowania, być czujnym. Za każdym razem, gdy w głowie pojawi się znajomy niepokój warto zatrzymać się i powiedzieć sobie – oho, znowu to robisz, stój. Kontrola myśli i niepokojów może zacząć się od segregacji na te produktywne, za którymi stoi jakieś rozwiązanie i na te, które potęgują strach.

Zmiana myślenia, osiągnięcie wewnętrznego spokoju i poczucie, że myśli są pod kontrolą, to proces który jest czasochłonny. Nie da się tak z dnia na dzień przestawić na inny tryb, ale z pewnością można próbować nad sobą panować i próbować skupiać się na konkretach. Zamiast stale rozmyślać co by było gdyby/a jeśli, trzeba spróbować skierować myśli w stronę rozwiązania.

Można to zrobić poprzez zajęcie się czymś innym, czasami wręcz trzeba zmusić umysł do skupienia się na innych rzeczach. Przekuć energię w coś pożytecznego. Posprzątać biurko, spotkać się z kimś, posegregować ubrania – cokolwiek co da widoczny efekt. A po złapaniu dystansu wrócić do sprawy z konkretnym celem: znalezieniem drogi wyjścia. Przekształcenie niepokojących myśli w wysiłek i podejmowanie działań naprawdę potrafi oczyścić umysł.

Nadmierne myślenie jest świetną drogą do odebrania sobie radości z życia, kochania i przeżywania. Doprowadza do skrajnych emocji, powoduje niezdolność w podejmowaniu decyzji, racjonalnym myśleniu, znalezieniu motywacji.

To nic złego raz na jakiś czas poczuć się człowiekiem, któremu przydarzyła się porażka. Ważne, żeby umieć z tego skorzystać, naprawić błędy i wykorzystać zdobytą wiedzę, a nie tylko jej szukać. Uporczywe myśli będą się pojawiały, ale najważniejsze, to się na nich nie skupiać i nie wdawać z nimi w dyskusje. Trzeba lubić siebie, nawet wtedy, gdy jest się słabym. Później dużo łatwiej jest korzystać ze wszystkich swoich dobrych cech – pogody ducha, błyskotliwości, pomysłowości, twórczości, pewności siebie czy empatii.

 

Osobliwości

35 totalnie życiowych i motywacyjnych cytatów z piosenek Bajmu

 

Ten wpis jest zupełną przeciwnością mojego obecnego stanu ducha. Jestem jedną nogą w starym roku, a już nowy rok dał mi popalić. I nie pomaga mi spanie, sprzątanie, ani nawet nie pomógłby mi kołcz Majk wyskakujący z szafy i pytający kto mi ukradł marzenia. W tej całej beznadziejności mojego nastroju, nie pozostało mi nic innego jak odwrócić trochę tok myślenia.

Dlatego, gdyby właśnie teraz zadzwonił do mnie Michał Karmowski i zapytał:

– no hejka wnusia, co tam się z tobą dzieje, skąd to zwątpienie?

to zamiast powiedzieć mu, żeby się nie wydurniał powiedziałabym po prostu:

– panie jaglak, smutno mi. co robić, jak żyć i czy warto było szaleć tak?

A ja już znam odpowiedź. Bajm i kasza jaglana. A konkretnie kotlety z kaszy jaglanej. Czy to absurdalne połączenie? No raczej, ale najpierw trochę jeszcze pouciekam od odpowiedzialności i zajmę się czymś całkiem niedorzecznym, a później ewentualnie zabiorę się za rozwój osobisty, medytację, jogę i sesje u psychoterapeuty.

A więc bierzcie, motywujcie się i odnajdujcie sens istnienia. I miłości! Bo nasza polska Beyonce, jak mało kto potrafi śpiewać o miłości.

„Okej, okej. Nic nie wiem, nic nie wiem.”

„Po dniu przychodzi noc. Po złym dobry rok. I tak i nie.”

„Nigdy nie będziesz już sam. Możesz wreszcie zachłysnąć się powietrzem. I unieść do góry jak ptak, he-hej.”

„Letni ranek, budzę się. Swemu życiu stawić czoła. Zaplanować dzień.”

„Powiedzmy, że miłość jest tak jak lawa, sparzyłeś się, czujesz ból, lecz to nie dramat.”

„Życie tak jak film – szczęścia parę chwil, najtrudniejsza z ról.”

„Upór i złość nie pomoże, gdy ktoś jeszcze mleko pod nosem ma. Powiedz, powiedz co ci to da?”

„Kilka starych szmat, bym na tyłku siadł. I czy warto, czy nie warto, mocną wódę leję w gardło, by ukoić żal”

„Kogo diabeł opęta, człowiek nigdy nie zmieni już. Kochany, pamiętaj, nie pomoże ci żaden cud.”

„Hej, obudź się, daj swemu sercu tlen. Jest tyle wspaniałych miejsc. La – la – la – la. Muzyka w uszach gra warto się odbić od dna.”

„Nowy nieznany szlak nad twoją głową. Może jest tylko snem, a może koroną.”

„Więc całuj mnie częściej, bo nie wiem jak będzie.”

„Kiedy opada mgła poszukaj w sobie jasnych barw. Rodzi się nowy dzień – niewinny tak, jak dziecka sen. Życie upokarza cię, jak hazard swoją grą. Uczysz się każdego dnia przyswajać zło. Spróbuj zatrzymać czas, przypomnieć sobie jeszcze raz jej oczy pełne łez – w ostatnią noc rozpaloną dniem.”

„Chcę być znów samotnym drzewem, rosnąć aż do gwiazd. Zrobić sobie dziurę w niebie, zacząć wszystko jeszcze raz.”

„To nic, że zakpił ze mnie los, bo to co mam tak wiele znaczy, już nie wypuszczę szczęścia z rąk.”

„Jeśli tylko chcesz, to drugiemu coś od siebie daj, bo prawdziwy życia sens, dawać innym to, co dostać sam byś chciał.”

„Nie pytam jak jest. Nie pytasz skąd wiem. Cisza jest jak lek. Cisza jest jak sen.”

„Kiedy wszystko idzie źle. Kiedy noc przytula dzień. Nie porzucaj marzeń. Zostaw chociaż je. Są gdzieś łąki pełne snów.”

„Miałeś rację, zachowuję się jak trochę stuknięta. Przez ten długi czas, mylą mi się dni powszednie i Święta.”

„Mądre słowa, długie hasła. Uczą, uczą dzieci. Nóż do chleba, gwóźdź do ciasta. Bolą, bolą plecy.”

„Jesteś młody. Głodny jeszcze. Pewny siebie niebezpiecznie.”

„Żyj, po prostu prawdziwie żyj, dla ludzi życzliwość miej, i jedną tę samą twarz.”

„Nie uciekaj od słów, najprostszych tych – wiesz, które płyną, lecz nie z Tobą. Nie uciekaj od miejsc, najpiękniejszych tych – wiesz, które zawsze są gdzieś obok. Zachłanna jest ta gwiazda, dla której gubisz radość chwil. Liczy się wciąż niepewność, którą przynoszą dni.”

„Musisz wiedzieć, że nic nie powtórzy się już. Otwórz oczy i patrz, każdy dzień jest jak cud.”

„I białą sukienkę sprzedałam w komisie. Mam czego żałować na całe życie.”

„Otulam się różową kołdrą, myślę o czym chcę. Co będzie jutro – chyba już wiem. Twoje i moje czasu powoje, praca i sen.”

„Co tam sława i pieniądze, ważne że znów pragnę i błądzę.”

„Dzień podobny do dnia – rano praca wieczorem do dna.”

„Do diabła z żalem tym i z nadzieją, że gdzieś jest kieszeń dla naszych dóbr.”

„Mów – niech Twoje słowa zbudzą krew. Niech wszystko będzie już okej. Jest tyle miejsc, do których powrócimy. Mów – niech Twoje słowa zburzą mur. Niech Twoje dłonie zniszczą chłód. Ten nagły chłód, co sercu przyniósł zimę.”

„Nie chcesz mówić o miłości już nie wierzysz w nic . Skąd jest w Tobie tyle złości wypij jeszcze jeden łyk.”

„Jest za rogiem mały bar, utopimy smutki w nim. W końcu nam należy się, tych kilka wspólnych chwil.”

„Nie wiem, co sprawia że szukam słońca tam gdzie cień, wiedząc, że szczęścia blask jest zawsze blisko mnie. Powiedz, czy uda się wyznać prawdę jednym tchem, żebyś taką jaka jestem kochał mnie?”

„Ludzie jak rzeka, lecz płyną tam, gdzie chcę. Do serca najskrytszych miejsc. Miłość poczeka, ta dobra czy zła, na swój czas.”

„A kiedy słońce Cię obudzi to idź. Krakersy, bułka z masłem, powietrza łyk. To na spacerze zjesz najsmaczniej i przestaniesz tyć.”

I na koniec smaczek. Jaka jest recepta Beaty Kozidrak na piękną figurę?

– Poza tym, że śpiewam, również kocham, uprawiam dużo seksu i jem mało mięsa. Swoją dietę nazywam dietą miłosną.

Zatem, kochajcie się! Dużo miłości w nowym roku!

Kuchnia filmowa

Love Actually: Banoffee pie

 

Komedie romantyczne to gatunek, który najlepiej ogląda mi się zimą. Ta pora roku daje najlepszy nastrój do oglądania wesołych historii o miłości. Kakao najlepiej smakuje wypijane, gdy leży się na kanapie pod kocem. Do tego zestawu dołożyłabym jeszcze jakiś ciepły, świąteczny sweter i najlepiej fajnego chłopaka u boku, na którego można popatrzeć, uśmiechnąć się i pomyśleć o tym jak spoko, że takie uczucia, to nie tylko  w filmach. A przynajmniej pewne momenty naszego życia mogą być równie romantyczne i miłe, jak te filmowe. W życiu raczej nie zobaczymy takich scen jak ta, w której Mark przychodzi w Święta do Juliet, aby w nietypowy sposób wyznać jej miłość:

Albo ta, w której premier Wielkiej Brytanii całuje się na szkolnej scenie ze swoją pracownicą, w której się zakochał:

Życie w ogóle mało ma wspólnego z filmem i w tym jest całe piękno. Żeby codziennie uczyć się od siebie czegoś nowego, dostrzegać zmiany, wspólnie tworzyć wspomnienia, dbać o siebie, a pod koniec dnia móc pomyśleć o tym, jakie to cudowne, że ta druga osoba jest obok. A nad tym się nieustannie pracuje i choć czasami to nie jest bułka z masłem, jeśli obie strony chcą tego równie mocno, to myślę, że warto jak cholera. Czasami boli i piecze jak kolano zdarte na chodniku, ale wtedy trzeba wstać, nakleić plaster, poczekać aż się zagoi, a następnym razem uważać bardziej.

W Love Actually przewija się, aż 10 miłosnych historii. Każda z nich, choć dotyczy ludzi z różnych sfer, w różnym wieku i momencie życia, to jednak opiera się na podobnych schematach. Te wszystkie historie dają świetną całość i tak śmiało mogę powiedzieć, że Love Actually, to obecnie chyba najpopularniejszy świąteczny film. Dla mnie idealnymi filmami na ten czas są jeszcze „Ja cię kocham, a ty śpisz”, „Holiday” i „Powrót Batmana”. Ten ostatni ma szczególne miejsce w moim serduszku – przez Tima Burtona i specyficzny klimat.

A dziś, w związku z tym, że idą Święta i to naprawdę najlepszy czas na oglądanie Love Actually (co pewnie zrobiliście już przynajmniej kilka razy w tym miesiącu), to mam dla was przepis na banoffee pie – ciasto, które pojawia się tam dosłownie epizodycznie, ale jest mega pyszne i proste w przygotowaniu.

Składniki:

  • 200 g kruchych ciastek
  • 80 g masła
  • 2 banany
  • 200 g masy kajmakowej
  • 200 ml śmietany kremówki
  • 2 łyżki cukru pudru
  • kawałek gorzkiej czekolady startej na wiórki

Przygotowanie:

  1. Masło roztop, ciastka pokrusz i umieść w blenderze albo malakserze. Dodaj roztopione masło i zmiksuj dokładnie.
  2. Zmiksowane ciastka z masłem wysyp na formę wyłożoną folią spożywczą. Ugnieć jakimś naczyniem lub dłońmi. Schowaj do lodówki na 30 minut.
  3. Na schłodzony spód wyłóż masę kajmakową. Na to ułóż pokrojone w plasterki banany.
  4. Śmietanę ubij na sztywną z dwiema łyżkami cukru pudru, włóż na banany, a wierzch posyp wiórkami z gorzkiej czekolady.
  5. Ciasto włóż do lodówki na min. godzinę.

Na co dzień/ Wyróżnione

Najfajniejsze prezenty – do 50 zł, do 100 zł, do 150 zł, do 200 zł i do 250 zł

 

Do Świąt Bożego Narodzenia zostało 18 dni – to już ostatni gwizdek na zamawianie prezentów. We współpracy z Limango przygotowałam dla Was jeszcze jeden prezentownik – prezenty Las Minute w różnych kwotach od około 20 zł do 250 zł. Prezenty są przeróżne – praktyczne, dekoracyjne, designerskie, kosmetyki, ale również małe AGD. Dajcie znać co podoba się Wam najbardziej.

Na końcu postu, na jednego z Was czeka bon do Limango o wartości 150 zł!


Prezenty do 50 zł

  1. Zestaw do pizzy
  2. Filiżanka
  3. + spodek
  4. Szklane pudełko
  5. Słuchawki
  6. Radio
  7. Notes
  8. Ramka drewniana
  9. Ramka ananas
  10. Talerz

  1. Notes Moleskine
  2. Młynek
  3. Lampiony kule białe
  4. Olejek zmiękczający
  5. Kubek termiczny Star Wars
  6. Pojemnik na sery
  7. Lampiony kule kolorowe
  8. Nawilżające mleczko do ciała
  9. Kubek termiczny Star Wars
  10. Zestaw kokilek
  11. Różowy imbryczek

 

  1. Notes
  2. Kolczyki z kryształami Svarowskiego
  3. Zestaw Star Wars
  4. Pojemnik
  5. Worek Adidas
  6. Mieszadełka do drinków w kształcie pędzli
  7. Pojemnik chłodzący na butelkę
  8. Półmisek w banany
  9. Zestaw do świeczek 
  10. Zestaw do herbaty
  11. Notes

Prezenty do 100 zł

 

  1. Karafka
  2. Zestaw filiżanki + spodki
  3. Karafka
  4. Powerbank Star Wars
  5. Plecak Converse
  6. Spieniacz do mleka
  7. Balsam Elizabeth Arden
  8. Zestaw noży
  9. Zestaw talerzy deserowych
  10. Pomadka Elizabeth Arden

  1. Forma do pieczenia
  2. Kawiarka
  3. Głośnik
  4. Forma na donuty
  5. Naklejki ścienne
  6. Zestaw kubków
  7. Karafka
  8. Miedziany zestaw do kawy
  9. Garnek

Prezenty do 150 zł

  1. Zestaw do parzenia herbaty
  2. Skrzynka na wino
  3. Zestaw pościeli
  4. Regał
  5. Młynek elektryczny
  6. Tablica korkowa
  7. Zestaw do makijażu Pupa Milano
  8. Perfum DKNY

  1. Plecak
  2. Żel pod prysznic Chloe
  3. Kamień do pizzy
  4. Miseczka
  5. Zestaw pościeli
  6. Młynek DUKA
  7. Ceramiczny pierścionek z kryształem
  8. Zestaw do creme brulee

Prezenty do 200 zł

  1. Zegarek kwarcowy w kolorze granatowo-różowo-złotym Metropolitan
  2. Zestaw do parzenia herbaty
  3. Maszynka do makaronu
  4. Perfum Versace Crystal Noir
  5. Dywan
  6. Serum do twarzy Elizabeth Arden
  7. Zestaw do przekąsek
  8. Gofrownica Tefal

Prezenty do 250 zł

  1. Zestaw szklanek
  2. Słuchawki Motorola złote
  3. Lampa 
  4. Zestaw skrzynek
  5. Blender Krups
  6. Grill elektryczny Tefal
  7. Zestaw noży
  8. Regał drewniany

Tak jak w ostatnim prezentowniku, tutaj również mam dla jednej z Was bon do wykorzystania w Limango o wartości 150 zł. Jeśli macie ochotę taki bon otrzymać, zajrzyjcie na Limango i pokażcie mi co wybralibyście, gdyby bon trafił właśnie do Was 🙂 Wybiorę jedną osobę i podaruje jej bon.

 

Uncategorized

Prezentownik inspirowany Stranger Things

 

Coroczne prezentowniki serialowo-filmowe stworzone wraz z Limango, to już tradycja! W ubiegłym roku przygotowałam dla Was pomysły na prezenty inspirowane serialem Gilmore Girls, a w tym roku, idąc za trendami, które wyznaczył Netflix, przygotowałam propozycje prezentów inspirowanych serialem Stranger Things.

Wydaje mi się, że nie muszę go zbyt obszernie przedstawiać, ale jeśli jakimś cudem go nie znacie, to koniecznie zajrzyjcie do wpisu z przepisem na klasyczne amerykańskie gofry – napisałam w nim dość sporo o pierwszym sezonie.

Tymczasem, zapraszam do obejrzenia prezentownika. Łapcie okazje, póki gorące! Black Friday trwa, przed nami Cyber Monday, a święta już dokładnie za miesiąc. Niestety, perełki z Limango znikają w mgnieniu oka, o czym przekonałam się przygotowując ten prezentownik. Niektóre z rzeczy, które wybrałam wczoraj były, a dziś już są wyprzedane. Dlatego pod niektórymi linkami są odnośniki do ogólnych kategorii, a nie do konkretnego przedmiotu.  Jak widać, nie ma co zwlekać z kupnem prezentów 🙂


  1. Eleven

  1. Niebieska bluza marki Loap ( promka -39%) 
  2. Poszewka Tom Tailor
  3. Vansy  (te na zdjęciu są z kolekcji Toy Story)
  4. Lampka 
  5. Różowy mini zegarek
  6. Notes Moleskine różowy
  7. Sukienka 

2. Nancy

  1. Koszula 
  2. Sweter
  3. Trampki Converse
  4. Zegarek ESPRIT
  5. Skórzany pasek 
  6. Lampka
  7. Torba
  8. Jeansy | Jeansy Levis 501
  9. Kurtka 

3. Lucas

  1. Zasłona 
  2. Koszulka czerwona h.i.s.
  3. Podkładki
  4. Lampa THE HOME DECO FACTORY 
  5. Czapka
  6. Koszulka Quiksilver

4. Dustin

  1. Czapka 
  2. Vansy w kolorze niebiesko-brązowym LUB Trampki Converse
  3.  Koszula Quiksilver
  4. Plecak Converse
  5. Plecak Dakine
  6. Koszulka Roadsign
  7. Spodnie

5. Joyce

  1. Lampa sufitowa
  2. Poszewka Tom Tailor
  3. Zestaw fotel + podnóżek
  4. Sweter (golf, nie z grafiki)
  5. Zegar czerwony
  6. Kawiarka
  7. Lampki np. IKEA

 

  1. Dozownik na napoje
  2. Kubki 
  3. Zielona kawiarka 350 ml
  4. Patera 
  5. Szklanki
  6. Miski 
  7. Lampka Make a wish 
  8. Pojemnik na ciasto
  9. Pojemnik na ciastka 
  10. Regał ścienny (mój faworyt również z zeszłorocznego prezentownika, teraz przeceniony!)

Na koniec niespodzianka od Limango – mam do rozdania 2 bony po 150 zł (do wykorzystania w Limango). Jeden przekażę komuś z Was w tym tygodniu, a drugi za tydzień, wraz z kolejnym prezentownikiem, który dla Was szykuję.

Napiszcie w komentarzu jaki był najmilszy prezent, który kiedykolwiek otrzymaliście. Nie muszą być to materialne rzeczy, cokolwiek co kiedykolwiek otrzymaliście, a co chwyciło Was za serce – list, dobre słowo, ciasto upieczone przez przyjaciółkę itd 🙂

Z osób, które zostawią komentarze z odpowiedzią wybiorę jedną osobę i przekażę jej bon 🙂

Komentarze można zostawiać do końca dnia 28.11.

Osobliwości

36 dziewczyńskich t-shirtów z hasłami

 

Mój stajl, to noł stajl. Nigdy nie potrafię określić co lubię nosić i w jakim to jest stylu. Raczej luźno, niż elegancko. Raczej sukienki, niż spodnie. Raczej trampki, niż szpilki. A fajne koszulki zawsze są spoko! Dlatego przygotowałam dla was zestawienie 36 dziewczyńskich koszulek z różnymi hasłami.  ENJOY!

  1. Even&Odd – Girls lead the world
  2. OBEY – Forbidden pleasures
  3. BIK BOK – Girls can do anything
  4. ONLY – Girls rule
  5. Zizzi – Everything is a choice (plus size i na promce -25%)
  6. ONLY – We could be all feminists (PROMKA)

  1. ONLY – Girl can do anything
  2. HILFIGER – Rebel Hearts Club 
  3. TOM TAILOR – Are you ready to kick ass?
  4. Iceberg – Catwoman
  5. Storm&Marie – Feminin
  6. Jaded London – Future Queen

  1. HUGO – She’s mad but she’s magi 
  2. Vila – Friday I’m in love
  3. PUMA – Do you
  4. The Ragged Priest – Grow up
  5. ONLY – Who cares 
  6. Samsøe & Samsøe – VOYAGE VOYAGE

  1. mbyM – Hustle zielona | czerwona
  2. The ragged priest – Boysboysboys
  3. ONLY – Girls bite back
  4. The Ragged Priest – Sucker
  5. ONLY – I am a girl, what’s your superpower?
  6. Gestuz – A better tomorrow (PROMKA)

  1. ONLY – The future is female
  2. Pink Clove – Fearless (plus size) 
  3. ONLY – Heartbreaker
  4. BIK BOK – Not your baby – PROMKA
  5. New Look – Don’t tell me to smile
  6. Glamorous – Oh yeah

  1. Modström – Magic 
  2. Sofie Schnoor – Sweet
  3. Catwalk Junkie – Wild Kisses
  4. Vero Moda – Loved
  5. BIK BOK – Sashimi
  6. Zizzi – To glam to give a damn

 

Kuchnia

Dlaczego warto pić Yerba Mate?

 

Yerba Mate, to napój przyrządzany z listków i gałązek Ostrokrzewu paragwajskiego. Jest to wiecznie zielone drzewo, osiągające w stanie dzikim nawet do 15 m wysokości. Występuje jedynie na niewielkim obszarze pomiędzy Oceanem Atlantyckim, a rzeką Paraguay, na terenie Argentyny, Paragwaju, Brazylii i Urugwaju. 

Historia popularności napoju sięga połowy XVII wieku, kiedy to w zamieszkane przez plemię Guarani dorzecza Parany dotarli misjonarze jezuiccy. Odkryli oni, że ulubioną używką miejscowych były liście pewnego gatunku wiecznie zielonego krzewu nazwanego później ostrokrzewem paragwajskim. Ich żucie likwidowało zmęczenie, rozjaśniało umysł i łagodziło uczucie głodu.


Pierwszy raz o yerba mate przeczytałam gdzieś w Internecie. Była to opinia, która wskazywała na to, że yerba mate smakuje jak błoto wymieszane z tytoniem. Wyobrażałam sobie, że to jest trochę taki napój dla nawiedzonych hipsterów, którzy siedzą i siorbią sobie go przez tą dziwną słomkę. Opinia o smaku nie była zbyt zachęcająca, ale jednak mimo tego stwierdziłam, że muszę wypróbować. Niekoniecznie przez wzgląd na smak, który jest bardzo subiektywny, ale przede wszystkim przez właściwości.

Wiele mądrych źródeł pisze o właściwościach zdrowotnych mate, jak również o ogólnych korzyściach z jego picia. Na stronie jednego z producentów yerba mate, firmy Taragui, znalazłam kilka najważniejszych informacji:

  • napar wpływa przede wszystkim na poziom energii – ale nie działa tak jak kawa, która daje jednorazowy zastrzyk energii. Jedno i drugie zawiera kofeinę (przy mate mówi się o „mateinie”, ale to jest to samo). Mogę powiedzieć z własnych obserwacji, że picie mate działa bardzo energetycznie, ale stopniowo przez kilka godzin. Nie ma tutaj tego kofeinowego skoku jak przy kawie,
  • mate wpływa na metabolizm węglowodanów, czyli można powiedzieć, że w jakiś sposób wpływa pozytywnie na utratę lub utrzymanie wagi. Zauważyłam też, że pijąc mate nie mam napadów głodu i mój apetyt jest jakby odrobinę mniejszy,
  • dobrze wpływa na układ sercowo-naczyniowy oraz wspomaga trawienie ciężkich potraw,
  • mate to w dużej części przeciwutleniacze, więc ogólnie bardzo korzystnie wpływa na zdrowie i układ autoimmunologiczny, przez co jest nazywany eliksirem młodości,
  • przeczytać można też o wspomaganiu pracy układu nerwowego, odbudowie komórek, oczyszczaniu z toksyn, a także o działaniu łagodzącym bóle menstruacyjne, łagodzi wahania nastroju i dobrze wpływa na układ odpornościowy.

Więcej możecie przeczytać tu: https://www.taragui.com/pl/ 

Wszystkie te właściwości skłaniają mnie do picia mate, ale najbardziej jednak lubię energię, która przychodzi stopniowo i zostaje przez dłuższy czas. To jest taki bardzo fajny, energetyczny stan.

To co jeszcze mnie urzekło, to sam rytuał przygotowywania mate. Pilnowanie temperatury wody, obserwowanie liści i łodyg pęczniejących od wody. Z czasem oczywiście przestałam to praktykować i stosowałam metodę Cejrowskiego, czyli nasypać, sprawdzić czy woda nie jest zbyt gorąca i zalać. Jednak nieustannie lubię dodać coś od siebie. A to plasterek grapefruita, albo jakieś przyprawy. Wiem też, że najbardziej smakuje mi mate zaparzone drugi raz. Ten pierwszy napar jest dla mnie zazwyczaj odrobinę zbyt gorzki i intensywny, a drugi jest już idealny.

I choć na początku wadą mate był dla mnie smak, to teraz lubię go bardzo, a szczególnie wtedy, gdy tak jak pisałam, mogę eksperymentować z dodatkami. I tak latem bardzo lubię terere, czyli mate na zimno – do naparu dodaję sok z cytrusów i kostki lodu, a teraz w okresie jesienno-zimowym odkryłam coś całkiem innego – mate z mlekiem migdałowym i korzennymi przyprawami. I chciałabym się z Wami tym odkryciem podzielić 🙂

Składniki:

  • 200 ml mate (stopień intensywności naparu zależy od was)
  • 100 ml mleka migdałowego (podgrzanego)
  • łyżeczka miodu
  • szczypta kardamonu, cynamonu i imbiru
  • 1/2 łyżeczki gorzkiego kakao

Przygotowanie:

  1. Gorące mleko dodaj do mate, dopraw przyprawami, dodaj łyżeczkę miodu i wymieszaj dokładnie.
  2. Wierzch posyp gorącym kakao.
  3. Dla efektu ‚chai latte’ mleko można spienić 🙂

 

Na co dzień/ Osobliwości

A w październiku…

 

Zawsze jest trochę melancholijnie, trochę wesoło, trochę smutno, trochę tęskni się za latem, a trochę wygląda się zimy i świąt. Jaki jest ten miesiąc? Wyjątkowy. Dużo układam, przestawiam i porządkuję. W środku, w głowie, w sercu.

Wyławiam ze śmietnika codzienności pojedyncze doznania.

Ta jesień jest inna. Nie widzę jej w standardowych barwach. Kolorem października jest fioletowy. Ostatnio jest on moim ukochanym kolorem i teraz chyba nawet strącił z podium niebieski, który do tej pory był top of the top. Internet mówi, że osoby lubiące fiolet cechuje tajemniczość, intuicja i zamiłowanie do piękna. Podobno fiolet jest symbolem poszukiwania, wolności, doskonałej miłości i młodości. I ja właśnie czuję się młodo, jak nigdy.

Fiolet idealnie oddaje wszystko co najlepsze w kulinarnej jesieni – kapustę, bakłażana, fioletowe ziemniaki, czosnek, buraki, śliwki. Pisząc ten tekst, całe mieszkanie wypełnione jest zapachem boczku z powidłami śliwkowymi. Jutro zrobię fioletową kiszoną kapustę. I może kopytka z fioletowych ziemniaków?

1 | 2 | 3 | 4


Ostatnio lubię też neony. Te mówiące do mnie fioletowym światłem. Chciałabym mieć na ścianie taki neon i wieczorem siedzieć z kubkiem herbaty, słuchać jesiennej muzyki i wpatrywać się w niego. Zwłaszcza w ten, który mówi stay wild. 

1 | 2 | 3 | 4


W październiku jestem pełna (nie)poprawnego romantyzmu. I wcale nie czuję się z tego powodu słaba czy zawstydzona. Twardy tyłek i szczypta racjonalizmu nadal mi towarzyszą, może nawet bardziej, niż zwykle. Jednak pozwalam sobie na dobre uczucia i nie jest to moją słabością. I szukam słów, które odzwierciedlą mój nastrój.

 

 

i najważniejsze:

 


Muzyka w październiku jest spokojna, lekka i ciężka zarazem. Uspokajająca i rozpalająca od środka. Usypiająca, wprowadzająca w stan 3K: kanapa-kakao-koc.


Książki jakie czytam, są różne. Czasami sięgam po jakąś z zaciekawienia tytułem, czasami okładką, a niekiedy opisem. Sama nie wiem, jak trafiłam na te trzy tytuły. Każda z tych książek jest inna. Ale najbardziej mogę polecić wam 52 tygodnie. To taki książkowy „podlotek”, może zbyt pozytywny i pełen banałów, ale całkiem fajny. Główna bohaterka postanawia, że przez kolejne 52 tygodnie będzie robiła coś nowego i tak pojawiają się takie pomysły jak pisanie listów do najbliższych, gotowanie potraw związanych ze wspomnieniami, spanie na balkonie. Sama zachciałam zrobić taki eksperyment, kto wie co nowego mogłabym odkryć?


Ten miesiąc, a przynajmniej kolejną połowę poświęcę na dbanie o siebie. Chcę się wysypiać, zdrowiej jadać, co wieczór wklepywać krem w twarz powtarzając w głowie „loreal, jesteś tego warta” i pozwalać sobie na wiele przyjemności. Najlepiej idzie mi z jedzeniem, więc uzbrojona w pudełko z pyszną sałatką (z awokado i kurczakiem), jadę do pracy. A jaki jest wasz październik?

Udanego dnia!

P.

Festiwale

Restaurant Week – Vertigo (Trójmiasto, Gdynia)

 

„Jestem święcie przekonana, że jedzenie jest dobre na każde zmartwienie”.

To mogłyby być moje słowa. Jedzenie koi, łączy, daje siły i wzmacnia. Wspólny posiłek, to świetna okazja do spędzenia razem czasu, rozmowy i wymiany myśli.

20 października rozpoczyna się trzecia już edycja Restaurant Week, ogólnopolskiego kulinarnego festiwalu, podczas którego w wybranych restauracjach dostępne będzie specjalnie przygotowane menu składające się z przystawki, dania głównego i deseru, a to wszystko w cenie 49 zł.

W samym Trójmieście udział bierze ponad 30 restauracji, a w ich ofercie znajdują się takie motywy przewodnie jak: owoce morza, kuchnia azjatycka, śródziemnomorska, europejska, włoska i wiele innych.

 

Jako ambasadorka festiwalu wybrałam się do jednego z miejsc biorących udział w RW. Wybrałam Vertigo – restaurację znajdującą się w Centrum Filmowym w Gdyni. Miejsce w kinowym klimacie, z niezwykle ciekawą kartą, miłą obsługą i świetną atmosferą.

Czym uraczy nas Vertigo podczas Festiwalu?

Jak zwykle, podczas Restaurant Weeku dostępne są dwa menu do wyboru – w tym przypadku jest to opcja mięsna i wege. Wypróbowałam obie i jako zadekralowana mięsarianka, moje serce skradło menu numer 1 – boczek i jagnięcina!

Na przystawkę otrzymacie boczek konfitowany w kaczym tłuszczu, podany z sosem i ciekawym dodatkiem jakim jest sfermentowany seler. Boczek chrupie tak jak powinien, nie jest go ani za mało, ani za dużo. Smakuje pysznie.

Mój faworyt ze wszystkich propozycji, to danie główne w menu 1 – burger jagnięcy. To było duże wyzwanie, bo ja za burgerami po prostu nie przepadam. Znudziły mi się już, a może zbyt wiele razy rozczarowałam się, czy to mięsem, czy pieczywem. Tu było idealnie. Chrupiąca brioszka, idealnie soczyste mięso, odpowiednia ilość dodatków i co najważniejsze, dająca spójną całość – suszone pomidory, ser feta, konfitura z czerwonej cebuli i miętowy sos. Do tego solidna porcja frytek i pyszny ketchup (zapomniałam dopytać, ale jestem na 99% pewna, że jest przygotowywany w restauracji).

Deser to ciasto czekoladowe z płynnym wnętrzem, podane z gałką lodów. Po przystawce i daniu głównym ciężko było mi znaleźć miejsce na to rozkoszne ciastko. I jedno czego mi zabrakło – może odrobiny więcej owoców, na przykład wiśni. Jednak i bez nich było dobrze.

W drugim menu, bardzo ciekawym zaskoczeniem było tofu w sosie słodko kwaśnym, z orzechami laskowymi, warzywami i makaronem chow mein. Nie spodziewałam się, że to powiem, ale tofu było mega dobre. Wcale nie FU! 🙂 Warzywa były idealne – nie rozpadające się, chrupiące, dobrze doprawione. Całość super. Gdybym była wegetarianką, to zdecydowanie ta opcja dania głównego zadowoliłaby mnie.

Moim towarzyszem podczas tego tastingu był Robert, zwany także Czarkiem. Na co dzień pracujemy razem z Socialove, wieczorami Robert polewa szoty ze smacznych nalewek w pubie Red Light, a gdy jeszcze uda mu się rozciągnąć dobę, to zajmuje się różnymi kosmicznymi i artystycznymi rzeczami, między innymi w duecie Melonur Collective. 

Przystawką była zupa krem z pieczonych batatów, dyni, z kolendrą, chili i kozim serem. Bardzo smaczna zupa, ser zrobił dużą robotę. Jednak taka przystawka to nie mój klimat. Ja lubię konkrety i tu zdecydowanie stawiam na boczek. Jednak serio, nic tej zupie nie mogę zarzucić, a porcja była naprawdę solidna i po zjedzeniu połowy czułam się, jakbym miała za sobą już danie główne.

Tymek też daje okejkę – zjadł chrupiącego kurczaka i frytki z tym boskim ketchupem. Był zadowolony, a musicie wiedzieć, że to wymagający krytyk kulinarny. Czasami sama się boję jego oceny…

Tak kiedyś ocenił frytki z halloumi 😀

Czy warto odwiedzić Vertigo w ramach Restaurant Week? Zdecydowanie! Warto tam zajrzeć także poza Festiwalem. Miejsce jest świetnie nie tylko dla fanów dobrego jedzenia, ale też dla wielbicieli kina, niepospiesznego relaksu przy kawie czy lampce wina. A po obiedzie obowiązkowym elementem będzie spacer po plaży, do której jest dosłownie rzut beretem!

Tymczasem zajrzyjcie na stronę Restaurant Week i rezerwujcie miejsca, bo rozchodzą się jak ciepłe bułeczki! Festiwal trwa 20.10-31.10 do zobaczenia i nie spóźnijcie się z rezerwacją!

Lifestyle

Było jak było. Jest jak jest. Będzie jak będzie.

 

Myślisz sobie – o boże, żeby było warto, bo jak nie to dupa blada. I zastanawiasz się, czy wchodzić w ten związek, czy zmienić pracę, czy powiedzieć tej koleżance, że w sumie to Cię wkurwia i nie interesuje Cie, to czy już w tym tygodniu zrobiła sobie rzęsy, a może chciałabyś powiedzieć byłemu (wykrzyczeć nawet), że jest palantem jak stąd do kosmosu i masz sraczkę jak go widzisz.

Nie potrafisz postawić sprawy jasno. Trochę chcesz, ale się boisz albo nie wiadomo co.

Coś Cię trzyma w napięciu, coś Cię powstrzymuje, ciągle ktoś stawia przed Tobą jakieś kolejne wybory. A życie to nie sejm, nie można wstrzymać się od głosu i czekać, aż ktoś inny podejmie decyzję za Ciebie.

Chcę, ale się boję.

Ale ja nie wiem, a jak to będzie, olaboga.

A co jak wybiorę źle?

Dupa zbita, piwo nawarzone, trzeba wypić, trudno. Wiem, że nic nie wiem. Gówno wiem. Halo, przepraszam, gdzie się składa reklamacje? Przemyślałam sobie i chciałabym cofnąć decyzję. Najlepiej o kilka lat, to po drodze jeszcze parę rzeczy zmienię. 

Figa z makiem, nie ma lekko. Bierz co masz, wytrzyj zasmarkany nos, otrzyj kolana i idź dalej. Prosimy o przemyślane zakupy, ponieważ zwrotów nie przyjmujemy.

Musisz wybierać tu i teraz. I wypić to piwo, którego się nawarzyło. Coś z tego wyjdzie. Albo sraczka albo spoko, nie wiadomo.

I wiesz co ja Ci na to powiem? Będzie jak będzie. 

Możesz mieć takie chwile, że będzie chciało Ci się wyć, płakać, krzyczeć i wciskać głowę w poduszkę ze wściekłości. Myślisz, że tylko Ty tak masz? Że tylko Tobie życie rzuca kłody pod nogi? Każdy ma takie chwile, że chce się wszystko pierdolnąć w kąt, spakować i wyjechać w Bieszczady. Wywiesić na drzwiach karteczkę – nieczynne, nikogo nie ma w domu. Każdy tak ma, rozumiesz? I tak musi być.

Nigdy nie wiadomo, że podjęta decyzja będzie dobra. Że facet, którego wybrałaś to ten jedyny i na zawsze, że praca którą masz, to ta najlepsza i że warto było jednak się ugryźć w język, zamiast powiedzieć co myślisz. Możesz sobie robić kalkulacje, bilanse, prognozować potencjalne zyski i straty, ale to i tak jest loteria. Najpierw jest Twoja decyzja, a później efekt.

Ile razy sobie myślałam – a chuj, wchodzę w to. Na przypale albo wcale. Kochaj albo rzuć. Wszystko albo nic. Ja idę w sam środek pożaru, a Ty odpalasz zimne ognie przez rękawiczki. I co z tego mam?

Ile ja głupot w życiu narobiłam, ile razy dałam plamy, ile razy palnęłam coś niemądrego, złamałam zasady, poszłam w tango, zgubiłam godność, a w zamian znalazłam tylko wyrzuty sumienia, odrazę do siebie, kaca moralnego i zaskoczenie, że coś takiego mogło mi przyjść do głowy. Nie zliczę ile razy. No i co? Było jak było.

Ale nigdy nie było tak, żebym z błędu nie wyciągnęła wniosków. I choć łzy leciały po policzkach, czułam się jak gówno, myślałam że już nic dobrego mnie nie spotka, to jestem wdzięczna za każdy popełniony błąd. Bardzo często z tych porażek wyrastało coś dobrego, a wszystkie klęski działały w większości motywująco. Bo co, ja nie dam rady? No to potrzymaj mi piwo.

Pomyśl sobie o jakiejś najgorszej sytuacji, z której ostatecznie wynikło coś dobrego. Nie ważne, czy to rozwalony związek, przyjaźń czy pieniądze. Nie ma takiej sytuacji, która działaby się po nic. Jeśli zrozumiesz po co i dlaczego tak się stało, to później będzie Ci lepiej i łatwiej.

Nigdy nie wiadomo, czy nie jesteś właśnie w tym kluczowym momencie życia. Może właśnie siedzisz i rozpaczasz nad rozstaniem, a jutro zza rogu wyskoczy na Ciebie wysoki brunet, obleje Cię kawą i to będzie początek czegoś nowego. Może właśnie to otworzy Ci drogę, do tych miejsc, które wcześniej były poza Twoim zasięgiem.

I zapamiętaj. Będzie jak będzie. 

 

 

Życie

Droga pani, nie ma na to leku.

 

Pomyśl o uczuciu wstydu. To uczucie, które w nadmiernym nasileniu niszczy Ci życie. Wstyd sprawia, że ciągle porównujesz się do innych. Wciąż czujesz się gorsza, zawstydzona i podatna na zranienia. Wtedy zaczynasz szukać sposobu na to, żeby poczuć się kimś wyjątkowym. Szukasz aprobaty, wewnętrznej gratyfikacji i czegoś co sprawi, że poczujesz się ponadprzeciętnie. Chcesz być dostrzegana, chcesz poczuć troskę, chcesz uwagi.

Niszczysz się. Próbujesz nowych związków, nowych doznań, nowej pracy, nowego hobby. Wszystkiego co podniesie cię na duchu choć na moment. Wszystkiego co sprawi, że dostaniesz zastrzyku adrenaliny. Wszystkiego co zadziała jak uszczypnięcie. Wszystkiego co mogłoby sprawić, że będziesz czuła się jak ktoś lepszy i ważny.

Czujesz, że jest w tobie coś złego. Coś destrukcyjnego. Czujesz, że nie potrafisz sprostać własnym standardom. Chciałabyś już przestać myśleć, że jesteś do niczego, że nikt cię nie pokocha, że nic ci się nie uda, że jeśli pozwolisz się komuś zbliżyć do siebie, to na pewno cię opuści. Nie opuszczasz gardy.

Nie troszczysz się o siebie.

Oczekujesz samych niepowodzeń, bezwiednie je prowokujesz by potrzymać uczucie spójności.

Jesteś bezradna. Ignorujesz zagrożenia. Brakuje ci samoochrony. Redukujesz myślenie do „tu i teraz” i nie dostrzegasz konsekwencji ryzykownych zachowań. Szukasz sytuacji, które potwierdzą to wszystko co o sobie myślisz. Masz w środku wewnętrznego zdrajcę. Żyjesz źle, jadasz źle, sypiasz źle. Powtarzasz wciąż te same błędy.

Robisz tak nie dlatego, że tak wybierasz, chcesz, planujesz i dobrze ci z tym. Robisz tak, bo uważasz, że to dla ciebie jedyna możliwa droga. Najlepsza droga. Na tę drogę zasługujesz.

Potrafisz wyciągnąć z kieszeni wachlarz racjonalnych uzasadnień, które odpowiadają na wszystkie trudne pytania – dlaczego żyjesz tak jak żyjesz, dlaczego nie uczysz się na błędach, dlaczego nie masz do siebie zaufania, dlaczego nie pozwalasz nikomu się do siebie zbliżyć.

„W tym momencie, w którym rodzisz się na nowo, jest zarówno radość narodzin, jak i smutek umierania. Różne strategie obronne, które gwarantują nam bezpieczeństwo w dzieciństwie, budują naszą samotność w dorosłości. I te strategie muszą umrzeć, jeśli mamy sobie pozwolić na to aby dotykała nas miłość. Kiedy ten moment następuje, kiedy czujesz się kochany, powracają wszystkie bolesne wspomnienia sytuacji, w których te obronne strategie były ci niezbędne, za tymi wspomnieniami podąża żałoba po wszystkim, co utraciłeś.” – Jon Frederickson

Wiem, że znasz wszystkie manewry obronne na pamięć. Wiem, że sądzisz, że nie zasługujesz na więcej, że jest ci dobrze i bezpiecznie. Pozornie. Wiem, że udajesz, że nie dostrzegasz tego, że sama się niszczysz. Sama robisz sobie krzywdę. Nie dopuszczasz do siebie innych, nie dopuszczasz dobrych myśli. Masz na twarzy przyklejony uśmiech. Ludzie mają cię za wesołą, pogodną, pozytywną. Jesteś tą zabawną, która zawsze czuje się dobrze w towarzystwie, która ma coś do powiedzenia na wiele tematów, która wydaje się „spoko”. A co masz w środku? Czujesz się jak zgniłe jabłko, piękne z zewnątrz, ale obrzydliwe w środku.

Szukasz lekarstwa. W ludziach, w chwilach, w sytuacjach, w alkoholu, u psychiatry. Żyjesz skrajnościami. Jesteś albo na szczycie albo na dnie. Nigdy nie ma nic pomiędzy.

Chcesz innego życia, ale nie dajesz sobie szansy. Szukasz jej u innych, ale wciąż z tyłu głowy myślisz – nie stać mnie na ciebie, zobacz jaka jestem beznadziejna. Myślisz, że nie zasługujesz na spokój i stale czekasz, aż coś się spieprzy. Milion osób mówi ci, że jesteś piękna, dobra, mądra. Te słowa są tylko chwilowym pogłaskaniem. Ty tego nie widzisz i nie zobaczysz, dopóki sama w sobie tego nie odkryjesz. Sama musisz poczuć się ze sobą dobrze i dopiero wtedy ktoś inny będzie mógł poczuć się tak z tobą.

 

Nie chcę już niczego, tylko być w zupełnej zgodzie ze sobą. Nie pragnę żadnych nadzwyczajności. Być sobą, tylko tym, czym się jest naprawdę. Nie tworzyć tych kłamliwych sobowtórów w obcych sobie sferach ducha.

Nic się samo nie zmieni. Nie możesz czekać, aż świat dostosuje się do ciebie. Nie możesz myśleć, że jakoś to będzie i jesteś skazana na życie w zawieszeniu między tym kim jesteś, a kim chciałabyś być. Musisz wszystko uporządkować. Musisz zdecydować się, czego chcesz się trzymać. Musisz wiedzieć, co trwa, a co przeminęło, a czego nigdy nie było. I musisz sobie pewne rzeczy odpuścić. W każdej chwili możesz wyciągnąć wnioski. W każdej chwili możesz zacząć uczyć się na błędach. W każdej chwili możesz przepracować to, czego w sobie nie lubisz. W każdej chwili możesz otworzyć się na siebie, ludzi i dobre doświadczenia.

 

W każdej chwili możesz zacząć od nowa.

 

 


z dedykacją dla Mani, najlepszej krawcowej myśli.

Kuchnia filmowa

Anne with an „E” i Sheperd’s pie

 

W dzieciństwie uwielbiałam tą dziewczynkę o rudych włosach. Z książkowych bohaterek, Ania byłą moją idolką chyba na równi z Pollyanną. Rezolutna, szczera, wrażliwa, z wielkim sercem i jeszcze większą wyobraźnią. Jednak książka wydawała mi się o wiele łagodniejsza w odbiorze, niż serial. Może to kwestia obrazu i nadania Ani realnego obrazu, a może kwestia perspektywy czasu i spojrzenia na pewne wątki dorosłym okiem.

W każdym razie, jeśli zastanawiacie się, czy warto obejrzeć Netflixową wersję Ani z Zielonego Wzgórza, czyli Anne with an „E”, to ja odpowiem Wam, że warto. Pierwszy sezon zleciał mi tak szybko, że czułam trochę niedosyt, ale czekam na kolejny. I mam nadzieję, że będzie równie wypełniony kulinarnymi momentami, jak ten pierwszy.

Maryla:  Nic nie zjadłaś.
Ania: Nie mogę, przepraszam. Wpadłam w otchłań rozpaczy. Pani je w takich sytuacjach?
Maryla: Nie znam tego uczucia.
Ania: Wyobrażała sobie Pani rozpacz?
Maryla: Nie.
Ania: To bardzo nieprzyjemnie uczucie. Podczas jedzenia w gardle staje gula i nie można przełykać, nawet czekoladek. Jadłam czekoladki dwa lata temu. Były przepyszne. Proszę nie brać tego do siebie, kolacja wygląda wspaniale.

W tym sezonie pojawiało się sporo placków, chleba, ciast i bułeczek. Jednak tym co przyciągnęło moją uwagę najbardziej była zapiekanka pasterska, czyli Sheperd’s Pie. Oryginalnie jest angielska to zapiekanka przygotowywana z jagnięciny. Na wersje z innym mięsem mówi się chyba cottage pie, czyli po prostu zapiekanka wiejska. Przygotowuje się ją prosto, smakuje pysznie, ale jak każde wiejskie jedzenie, zawiera dużą ilość kalorii.

Ruby: Skoro przez żołądek do serca, to musi być to najlepsza zapiekanka pasterska jaką kiedykolwiek jadł Gilbert.
Ania: Uważam, że serca nie powinno się zdobywać kucharzeniem. Jeśli zaprzątałabym sobie tym głowę, a tak nie jest, wolałabym żeby chwalono mnie, a nie mój obiad.
Diana: To jak zdobyć czyjeś serce?
Ania: Umysłem i osobowością.

Składniki:

  • 1/2 kg jagnięciny (możesz użyć innego mięsa – wieprzowiny, wołowiny lub drobiu)
  • 2-3 łodygi selera naciowego
  • 2 marchewki
  • 1 cebula
  • 1 szklanka świeżego groszku (może być mrożony)
  • 6 łyżek sosu Worcestershire
  • 1 ząbek czosnku
  • pieprz czarny mielony, sól, suszony tymianek, papryka słodka, papryka ostra – wg uznania

Warstwa ziemniaczana:

  • 1 kg ziemniaków
  • 1 żółtko
  • 4 łyżki śmietany kremówki
  • 2 łyżeczki masła
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • 0,5 łyżeczki soli
  • szczypta czarnego pieprzu mielonego

Przygotowanie:

  1. Obierz i pokrój wszystkie warzywa – seler w mniejsze kawałki, cebulę posiekaj drobno, a marchew w kostkę
  2. Na patelni rozgrzej trochę oleju. Dodaj pokrojoną cebulę, podsmażaj przez chwilę, a następnie dodaj marchew i seler naciowy. Polej sosem Worcestershire. Gdy warzywa będą już prawie miękkie, to zdejmij je z patelni.
  3. Na tę samą patelnię dodaj odrobinę oleju i wrzuć mięso. Dodaj przyprawy i wymieszaj. Smaż mięso aż będzie zarumienione, od czasu do czasu mieszając. Następnie dodaj wcześniej usmażone warzywa i groszek, zalej całość bulionem oraz sosem  i duś, aż połowa bulionu odparuje.
  4. W między czasie, w osolonej wodzie ugotuj ziemniaki do miękkości. Ugnieć je na gładkie puree, dodaj masło, śmietankę i przyprawy. Wymieszaj dokładnie.
  5. Do naczynia żaroodpornego wyłóż mięso z warzywami, a na wierzchu ułóż warstwę ziemniaczaną. Zapiekankę piecz w piekarniku nagrzanym do 170 stopni, do momentu, aż ziemniaki z wierzchu będą zarumienione.

A jak Wam podobała się nowa Ania? I czy jedliście kiedyś zapiekankę pasterską? 🙂

Festiwale

Relacja z wyjazdu do Cannes

 

„Jeżeli marzenie jest wystarczająco duże, fakty nie mają znaczenia.”

Od czego zacząć? Próbowałam napisać relację z tego wyjazdu już zaraz po powrocie, ale nie potrafiłam. Moje myśli nadal były jeszcze w Cannes i zupełnie nie mogłam skupić się na tym, aby jakoś podsumować ten czas tam spędzony.

Pierwszego dnia, gdy tylko dolecieliśmy na miejsce i gdy stanęłam na balkonie naszego pokoju, pierwszym o czym pomyślałam było to, że muszę koniecznie zapamiętać ten widok. Żebym później mogła jak najczęściej wracać do niego we wspomnieniach, prawie czując ciepły wiatr na twarzy.

Bluzka, spodnie, kapelusz: KappAhl

Czy wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek będę mogła pojawić się na Festiwalu Filmowym w Cannes? Nigdy. Oczywiście bardzo chciałam tam pojechać, poczuć ten klimat i festiwalowy gwar, obejrzeć filmy i po prostu tam być. Jednak spełnienie tego marzenia nie było dla mnie osiągalne i nie byłoby możliwe, gdyby nie marka Mastercard, która zaprosiła mnie na ten wyjazd.

 Od samego przyjazdu byłam zachwycona i podekscytowana. Pogoda była piękna, widoki rewelacyjne, a atmosfera cudowna! Do tego, już od samego pojawienia się na lotnisku zajęła się nami ekipa Mastercard i w zasadzie niczym nie musieliśmy się martwić. Wszyscy byli bardzo uprzejmi, odpowiadali na pytania, wyjaśniali co, jak, kiedy i gdzie. Plan mieliśmy dość napięty, więc postanowiliśmy wykorzystać maksymalnie każdą wolną minutę i gdy tylko była okazja, to zwiedzaliśmy okolice.

 

Okolica Cannes, w której znajduje się Pałac Festiwalowy, to chyba najbardziej luksusowa dzielnica jaką kiedykolwiek widziałam w życiu. Raj dla każdego fana ekskluzywnej mody. Gucci, Dior, D&G, Miu Miu, to tylko kilka z marek, które teraz przyszły mi do głowy, a na które można było tam trafić. Aż chciało się powiedzieć – Marian, tu jest jakby luksusowo! 😀

Wszyscy ludzie, których mijaliśmy na ulicach byli tak pięknie ubrani. Kobiety, od których nie mogłam oderwać wzroku robiły sobie zdjęcia na tle palm. Uśmiechy, promienie słońca i francuski język, który brzmiał jak najpiękniejsza melodia dla ucha. Nawet żebrak, na którego trafiliśmy w jednej z uliczek brzmiał jakby wygłaszał jakiś poemat. Bonjour, pardon, omlette du fromage, croissant, tres bien, od wyjazdu do Cannes mówię tylko po francusku! To co potrafię oczywiście 😀

Spódnica i bomberka: 20inlove.pl | Torebka: KappAhl | Kolczyki: I COAL YOU.

Pierwszego dnia czekała nas przymiarka smokingu i sukienki. O ile z tym pierwszym Karol poradził sobie szybko, to ja z sukienką miałam dylemat. Z ponad 140 pięknych sukni wybrać jedną jedyną? To chyba trudniejsze, niż wybieranie deseru z menu pełnego ulubionych deserów 😀 Przymierzyłam kilka różnych sukienek, wszystkie piękne, ale nie we wszystkich dobrze wyglądałam. Ostatecznie na wyjście na czerwony dywan wybrałam łososiową, długą suknię ze zwiewnymi rękawami. Czułam się w niej najlepiej, najbardziej komfortowo i wygodnie.

Gdy moja sukienka i smoking Karola powędrowały do krawcowej, ja i Karol mogliśmy już tylko rozkoszować okolicą i pysznym jedzeniem. Ekipa Mastercard nie pozwalała nam się nudzić. Pierwszego dnia wieczorem, po przymiarkach, przygotowaniach kreacji i chwili czasu wolnego, zostaliśmy zaproszeni do fantastycznej restauracji Table 22 (Mantel). Tam zjadłam najsmaczniejsze kwiaty cukinii w cieście i tartę cytrynową, jakie tylko przyszło mi w życiu spróbować. Karol zjadł tatar, cielęcinę i na deser również tartę.

Za to w Restauracji La Fouquet, która znajduje się w hotelu Majestic Barriere (w którym mieszkaliśmy), pierwszego dnia zjedliśmy przepyszny filet z dorsza, panna cottę i minestrone, a drugiego dnia ravioli z grzybami z cielęciną, rybę Sebastes i lody waniliowe z owocami. Byliśmy tak dobrze karmieni, że nawet nie mieliśmy miejsca w brzuchach, żeby pozwiedzać okoliczne restauracje. Drugiego dnia, gdy już po obejrzeniu filmu i gdy całe festiwalowe emocje powoli opadły, z ciekawości wybraliśmy się do francuskiego Le McDonalda na le hot-dogi 😀 I tak, we Francji w maku można zjeść hot-doga! Ale za to (co bardzo zasmuciło Karola) nie mają waniliowych szejków 😀

To o co najczęściej mnie pytaliście, to JAKIE GWIAZDY WIDZIAŁAM. Nie widziałam ich zbyt wiele, bo też specjalnie się za nimi nie rozglądałam. Całkiem przypadkiem, gdy zwiedzaliśmy okolicę pierwszego dnia wieczorem, trafiliśmy na Pedro Almodovara. To dopiero przypadek! Wpadłam na Pedro Almodovara – będę to wnukom opowiadać! 😀 Karol wypatrzył w jednym z restauracyjnych ogródków TJ Millera z serialu Silicon Valley, a czekając na windę w hotelu, okazało się że obok nas stoi Fan Bingbing.

Dostawałam oczopląsu od widoku pięknych ludzi i trzeba przyznać, że w Cannes każdy kto jest ślicznie ubrany może być gwiazdą. Nam też robiono zdjęcia – na ulicy, w hotelu, gdy wsiadaliśmy do windy i na czerwonym dywanie. Wyglądaliśmy tak pięknie, że być może ktoś faktycznie pomyślał, że jakieś z nas gwiazdy 😀

Film, na który wybraliśmy się do festiwalowego kina, to Ismael’s Ghosts z pięknymi aktorkami Marion Cotillard i Charlotte Gainsbourg. Dramat, który po całych emocjach związanych z Cannes był dla nas odrobinę za ciężki, ale ciekawy. I jak zazwyczaj bywa kino festiwalowe – można określić go jako specyficzny.

A po filmie zrobiliśmy sobie jeszcze długi spacer, już powoli żegnając Cannes. Ciężko było wyjeżdżać, oj ciężko. Mmay postanowienie, żeby tam wrócić. Podobno po festiwalu Cannes zamienia się w całkiem spokojne i ciche miasteczko. Kiedyś to sprawdzimy.

Na koniec tej relacji chciałabym bardzo podziękować marce Mastercard, która zaprosiła mnie na ten wyjazd. Dziękuję, że doceniliście moją pasję i pomogliście mi spełnić moje marzenie! Ten wyjazd będę wspominać do końca życia, było wspaniale!

To za zdrowie Mastercard! 🙂


Zajrzyjcie też po przepis na ciasto czekoladowe inspirowane wyjazdem do Cannes. Zdjęcia ciasta przygotowała dla mnie ekipa Melonur Collective.

Kuchnia

Czerwone ciasto czekoladowe inspirowane Cannes

 

Najlepszy deser jaki jadłam w Cannes, to tarta cytrynowa z sorbetem bazyliowym. Nie jestem w stanie odtworzyć jej smaku, a zresztą nawet nie chcę. Kiedyś po prostu tam wrócę i zjem ją jeszcze raz! Jako, że Mastercard doceniło moją pasję kulinarno-filmową i spełniło moje marzenie jakim był wyjazd do Cannes, to zainspirowana tym pięknym miejscem i wydarzeniem stworzyłam deser, który trochę go odzwierciedla.

Ciasto czekoladowe – bogate w smaku, a zarazem lekkie. Tak jak Cannes – miejsce, które opływa luksusem, ale również porywa lekkością, widokami i atmosferą. Nie jest zbyt słodkie, ani ciężkie. Smakuje tak, że chce się więcej. Tak samo jak po wizycie w Cannes – chcę jeszcze!

Piękne zdjęcia ciasta przygotowali dla mnie Magda i Robert, czyli duet kulinarno-fotograficzny Melonur Collective.

 Składniki:
  • 200 g cukru
  • 300 g mąki pszennej
  • 200 g miękkiego masła
  • 4 jajka
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 tabliczki gorzkiej czekolady
  • 2 łyżki kakao
  • 1 szklanka jogurtu naturalnego
  • szczypta soli

Na krem:

  • 200 ml śmietany kremówki 30% lub 36%
  • 250 g serka mascarpone
  • 1/2 szklanki cukru pudru
  • 2 czerwone barwniki spożywcze

Przygotowanie:

  1. Do misy miksera włóż miękkie masło oraz cukier. Miksuj na dużych obrotach przez kilka minut, aż masa będzie puszysta. Do masy stopniowo wbijaj po jednym jajku, cały czas ubijając, ale już na niskich obrotach.
  2. W garnuszku rozpuść dwie tabliczki czekolady, ostudź trochę i dodaj do masła z cukrem.
  3. Do drugiej miski przesiej mąkę razem z sodą, kakao solą i proszkiem do pieczenia. Następnie dodaj stopniowo do utartego masła z cukrem i czekoladą. Dodaj jeszcze maślankę i wymieszaj tylko do połączenia składników.
  4. Tortownicę o średnicy 22 cm wysmaruj masłem i wyłóż papierem do pieczenia.
  5. Ciasto włóż do piekarnika nagrzanego do 150 stopni i piecz przez 30 minut. Następnie zwiększ temperaturę do około 170 stopni i piecz przez kolejne 30 minut.
  6. Czy ciasto jest gotowe możesz sprawdzić metodą patyczka – w środek ciasta włóż drewniany patyczek, jeśli po wyciągnięciu będzie suchy, to znaczy że ciasto jest gotowe.
  7. Upieczone ciasto wystudź całkowicie.
  8. Przygotuj krem: śmietanę ubij na sztywno, a pod koniec ubijania dodaj cukier puder. Do ubitej śmietany dodaj mascarpone oraz barwnik spożywczy.
  9. Ciasto posmaruj kremem dopiero gdy będzie całkiem wystudzone.

Kuchnia filmowa

3 arabskie desery inspirowane serialem 4 Blocks

 

Gdy myślę o mafii, to pierwsze przychodzi mi na myśl – Sycylia, pomarańcze i Vito Corleone. Jednak gangsterskie rodziny funkcjonują nie tylko we Włoszech, a właściwie pewnie w każdym kraju żyje jakaś gangsterska familia. Przykładów w popkulturze jest mnóstwo, dwa pierwsze z brzegu to rodzina Soprano, amerykańsko-włoska fikcyjna rodzina gangsterów, czy choćby prawdziwa historia kolumbijskiej mafii, na czele której stał Pablo Escobar. W Polsce również takich przykładów nie brakuje. Pewnie każdy słyszał coś o słynnej mafii z Pruszkowa czy gangsterach z Wybrzeża. Może nie są to tak rodzinne historie, ale świat przestępczy pojawia się zapewne w każdej społeczności.

W czołówce światowych królujących w kulturze i popkulturze jest mafia japońska, chińska, włoska i kolumbijska – na ich temat można znaleźć wiele seriali i filmów. Stacja telewizyjna TNT postanowiła wyjść trochę z tych ram i wyprodukować serial o mafii arabskiej w Niemczech. Serial 4 Blocks, który swoją premierę będzie miał 8 maja, opowiada o arabskim rodzie, który rządzi w jednej z berlińskich dzielnic – Neukolln. Miałam przyjemność obejrzeć pierwszy odcinek już jakiś czas temu i muszę przyznać, że jako wielka fanka wszystkich kryminalnych produkcji, jestem pod dużym wrażeniem, bo serial trzyma w napięciu i pozostawia widza z ogromną chęcią na więcej.

Główny bohater serialu, Tony Hamady ma niebawem stanąć na czele całego arabskiego rodu, jednak ten plan nie do końca pokrywa się z tym czego naprawdę chce Ali. Jego pragnieniem jest porzucenie kryminalnej przeszłości i ucieczka z Berlina. Niestety sprawy się komplikują, gdy zostaje zabity jeden z policjantów, a brat Tony’ego, Latif trafia do więzienia.

Żoną Latifa jest Amara i to właśnie ta bohaterka zainspirowała mnie do stworzenia trzech arabskich deserów. Amara prowadzi małą cukiernię z arabskimi słodyczami. Można w niej kupić różnego rodzaju wypieki i ciastka. Z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki serialu, żeby zobaczyć odrobinę więcej tego co sprzedaje Amara.

O samym serialu, obsadzie i odcinkach, więcej możecie przeczytać na specjalnej stronie serialu – http://4-blocks.pl. Znajdziecie tam informacje m.in. o Latifie, którego gra niemiecki raper arabskiego pochodzenia – Massiv (Wasiem Taha), a samym serialu pojawia się też polski akcent – jedną z bohaterek gra Karolina Lodyga.


 

Om Ali

Jest to arabski deser, który swoją formą przypomina trochę angielski pudding chlebowy. Do jego przygotowania użyłam kruchych ciastek z ciasta francuskiego, ale zamiast nich, można użyć croissantów albo po prostu upieczonych i pokruszonych płatów ciasta francuskiego.

Składniki

  • 1 opakowanie ciastek z ciasta francuskiego
  • szklanka mleka
  •  1 jajko
  • 2 łyżeczki miodu
  • 2 łyżki posiekanych orzechów włoskich
  • 1 łyżeczka cukru pudru
  • szczypta cynamonu
  • 1 pomarańcza
  • 2-3 łyżki płatków migdałów
  • łyżeczka masła

Przygotowanie

  1. Formę wysmaruj masłem, ciastka pokrusz i wysyp na formę.
  2. Do mleka dodaj dwie łyżeczki miodu oraz żółtko z jajka. Białko ubij na pianę z łyżeczką cukru.
  3. Do pokruszonych ciastek dodaj posiekane orzechy włoskie.
  4. Pomarańczę obierz i pokrój na mniejsze kawałki, a następnie ułóż na ciastkach i orzechach.
  5. Całość zalej mlekiem, a na wierzchu rozłóż pianę z białka. Posyp cynamonem.
  6. Piecz w piekarniku nagrzanym do 170 stopni przez około 20 minut.

Namura 

Arabskie ciasto, które w oryginalnej recepturze przygotowywane jest z semoliny. Tutaj jednak zastąpiłam ją kaszą manną, a całość nasączyłam syropem z soku z pomarańczy. Całość wyszła słodka, lekko lepka, ale z pewną lekkością. Trochę jak kokosanki, ale o bardziej mięsistej strukturze.

Składniki

  • 2 szklanki kaszy manny
  • 1/2 szklanki cukru pudru
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 szklanki wiórków kokosowych
  • 1 szklanka jogurtu naturalnego
  • 1/2 kostki masła
  • 1/2 szklanki mleka
  • 2 pomarańcze
  • 1 szklanka wody
  • 3/4 szklanki cukru

Przygotowanie

  1. Składniki podziel na dwie części: suche i mokre. Do jednej miski włóż wszystkie suche, czyli kaszę mannę, cukier puder, proszek do pieczenia oraz wiórki kokosowe.
  2. Masło rozpuść, wymieszaj z mlekiem i jogurtem, a następnie dodaj do suchych składników.
  3. Masę wylej do blaszki wyłożonej papierem do pieczenia i piecz w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez około 30-40 minut.
  4. W czasie, gdy ciasto się piecze, przygotuj syrop. Do garnka wlej wodę, dodaj sok wyciśnięty z pomarańczy oraz cukier. Gotuj, aż płyny trochę odparują, a syrop zrobi się lekko gęsty.
  5. Upieczone ciasto, najlepiej jeszcze gorące polej syropem.

 

Trufle pistacjowe

Pistacje to moje ulubione orzechy, a pistacjowe trufle właśnie trafili do czołówki moich ulubionych słodyczy. Miękkie i intensywnie pistacjowe.

Składniki

  • 250 g pistacji niesolonych (w skorupkach)
  • 2 łyżki serka mascarpone
  • 1 łyżka wody różanej
  • 1 tabliczka białej czekolady
  • 1 łyżka cukru pudru
  • odrobina suszonych płatków róż

Przygotowanie

  1. Pistacje obierz ze skorupek, oczyść z suchych błonek, a następnie zmiksuj na drobny pył
  2. W małym garnuszku rozpuść połowę białej czekolady. Dodaj ją do pistacji.
  3. Dodaj również serek mascarpone, łyżkę wody różanej i cukier puder. Wymieszaj wszystko dokładnie.
  4. Masę włóż do zamrażalnika na 20 minut, a następnie wyciągnij i uformuj kulki.
  5. Włóż do lodówki na min. 2 godziny. Po tym czasie rozpuść drugą połowę czekolady i polej nią ulepione trufle.
  6. Wierzch posyp suszonymi płatkami róż.
Babskie sprawy/ Życie

34 małe rzeczy, które przynoszą radość + KONKURS

 

Międzynarodowy Dzień Szczęścia przypada tylko raz do roku. Jednak ja nie potrzebuje specjalnej okazji, żeby szukać sobie powodów do szczęścia i radości. Ostatnio trafiłam u Tekstualnej na wpis o cytatach mądrych kobiet. Ten trafił do mnie szczególnie:

„W życiu nie chodzi o czekanie aż burza minie. Chodzi o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu.” – Vivian Green

Tak staram się żyć. Doceniając małe rzeczy. Wiadomo, że czasami jest źle. Włosy się nie układają, brakuje pieniędzy na koniec miesiąca, wszystko irytuje, a deszcz zaczyna padać akurat, gdy wychodzimy z domu. No czasami tak po prostu jest. Trzeba przetrwać i przeczekać. Banalnie, ale po burzy zawsze przychodzi słońce. A nawet w trudnych chwilach wolę zwracać uwagę na dobre rzeczy, niż podkreślać te złe. I tak oto powstała poniższa lista. Drobiazgi, które powodują uśmiech albo przynajmniej lekkie uniesienie kącików ust. Mała rzecz, a cieszy!

  1. Spanie w świeżej pościeli.
  2. Sukienka z kieszeniami.
  3. Cisza, która nie jest niezręczna.
  4. Uczucie troski, gdy ktoś opiekuje się Tobą podczas choroby.
  5. Przytulanie.
  6. Uprzejma ekspedientka.
  7. Słoneczne i ciepłe dni.
  8. Spacer w nocy, gdy jest ciepło.
  9. Wciągająca książka.
  10. Wolne miejsce w tramwaju.
  11. Przypomnienie sobie o fajnej zapomnianej piosence.
  12. Obserwowanie śpiącego dziecka (swojego 😉 ).
  13. Zanurzenie stopy w morzu, żeby sprawdzić czy woda jest zimna.
  14. Znalezienie drobnych w kieszeni.
  15. Łzy ze śmiechu.
  16. Zapach prania.
  17. Zapach świeżo skoszonej trawy.
  18. Gdy ktoś pochwali Twoją pracę.
  19. Trzymanie się za rękę.
  20. Zapach popcornu w kinie.
  21. Dopiero co ogolone nogi 😀
  22. Posprzątane mieszkanie.
  23. Smaczna kawa.
  24. Buziak w czoło.
  25. Rozśmieszenie kogoś.
  26. Filmy Disneya, te ulubione z dzieciństwa.
  27. Zapach starych książek.
  28. Pływanie.
  29. Nowy odcinek ulubionego serialu.
  30. Pierwszy łyk kawy.
  31. Kwiaty.
  32. Chleb opieczony na ognisku.
  33. Śniadanie jedzone w łóżku.
  34. Przytulenie dziecka.

A jakie są Twoje drobne radości? Dziś moją radością jest to, że będę mogła sprawić przyjemność jednej z Was! Napisz w komentarzu pod tym postem jaki drobiazg Tobie sprawia przyjemność, a ja wybiorę jedną z odpowiedzi i autorkę obdaruję upominkiem – bonem do perfumerii Perfumesco ufundowanym przez Perfumesco oraz zestawem drobiazgów ufundowanych przez firmę RUCH. Nagroda zostanie wysłana poprzez usługę Paczka w Ruchu, która jest moim zdaniem obecnie jedną z najlepszych możliwości wysyłki paczek.

Paczkę można nadać w każdym kiosku RUCHu w bardzo łatwy, szybki i niedrogi sposób – ceny za paczkę są bardzo atrakcyjne. Do wysłania Paczki w Ruchu potrzebne są tylko takie podstawowe dane jak imię, nazwisko, numer telefonu oraz adres mailowy. Sam proces wysyłki Paczki w Ruchu jest bardzo prosty – wystarczy przygotować paczkę, na stronie paczkawruchu.pl wygenerować kod nadania lub list przewozowy, wybrać kiosk, w którym nadamy paczkę i zanieść ją do tego wybranego punktu. Odbiorca po otrzymaniu smsa może odebrać paczkę z kiosku.

Proste rozwiązania również sprawiają radość, a Paczka w Ruchu trafia na moją listę „ułatwiaczy życia” 😉

Regulamin konkursu:

  1. Zadanie konkursowe polega na zostawieniu komentarza pod tym wpisem z odpowiedzią na pytanie: Jakie są Twoje drobne radości?
  2. Sponsorem nagród jest perfumeria Perfumesco oraz RUCH.
  3. Nagrodą jest bon o wartości 150 zł do zrealizowania w sklepie Perfumesco oraz zestaw drobiazgów marki RUCH.
  4. Nagroda zostanie wysłana poprzez usługę Paczka w Ruchu– zobacz na czym polega i sprawdź punkty odbioru w Twojej okolicy.
  5. Konkurs trwa do 05.05.2017.
  6. Wyniki konkursu pojawią się na końcu tego wpisu 06.05.2017.
  7. Jedna osoba może pozostawić max 3 komentarze konkursowe.

Wpis powstał przy współpracy z marką RUCH. 

 


Dziękuję wszystkim za wzięcie udziału w konkursie! Nagrodę wygrywa Stella Kostyła. Proszę o kontakt na hello [at] paulinawnuk.com 🙂

 

Uncategorized

Najlepsze kanapki z filmów i seriali

 

Kanapka, to mój ulubiony rodzaj jedzenia. Z bułką, z chlebem, chałką albo w bagietce. W środku może być wszystko o czym tylko można zamarzyć. Pasztetowa i ogórek kiszony, grillowany kurczak i majonez, klopsiki i sos pomidorowy – sky is the limit! Zebrałam osiem moich przepisów na filmowe i serialowe kanapki, które pojawiły się kiedyś na blogu. W planach – dużo więcej! Kanapka z krewetkami, z indykiem i czerwoną kapustą, PBJ, Hoagie i wiele więcej. Kanapki to zdecydowanie temat numer jeden w moim życiu i gdyby można było, to chciałabym w przyszłości zostać kanapkowym profesorem.


To skomplikowane – Croque Monsier

[kliknij po przepis]

Ser, dużo sera i jeszcze więcej sera. Tłusto i na bogato jak u Janusza Tracza. Tylko, że to nie kanapka z Hrubieszowa, a z Francji, a tam sobie niczego nie żałują. A już na pewno nie wina i sera.

Spanglish – kanapka BLT

[kliknij po przepis]

Jedna z najbardziej klasycznych kanapek – BLT, czyli bacon, lettuce, tomato. Jej nazwa wskazuje na główne składniki, a dodatki to już tylko kwestia wyobraźni i preferencji.

Kiedy Harry poznał Sally – kanapka z peklowaną wołowiną

[kliknij po przepis]

Przygotowanie peklowanej wołowiny wymaga czasu, ale jej smak jest wart oczekiwania. Krucha, soczysta i wypełniona smakiem! Kanapka z takim mięsem to szczyt marzeń każdego fana kanapek.

Agenci TARCZY – kanapka z prosciutto i mozzarellą

[kliknij po przepis]

Jeśli lubisz pesto, to ta kanapka powinna znaleźć się wysoko na liście Twoich kanapek do wypróbowania. W zasadzie nie ma w niej nic takiego co bardzo zaskakuje, ale pesto, prosciutto i mozzarellą tworzą bardzo dobrą kombinację.

True Detective – wietnamska kanpka Bánh mì

[kliknij po przepis]

Gdy kilka lat temu, oglądając jeden z programów Jamiego Olivera natknęłam się na kanapkę o dźwięcznej nazwie „bań mi”, to wiedziałam, że będzie ona moją najulubieńszą z ulubionych. Próbowałam już wielu wersji, teraz moim planem jest spróbować wietnamskiej kanapki w Wietnamie 🙂

Pora na przygodę – kanapka Jake’a

[kliknij po przepis]

O tej kanapce można pisać wiersze, nagrywać piosenki i układać do nich choreografie. Kanapka-matka. Z całego bochenka, ze wszystkim co w życiu najważniejsze – rostbefem,  cebulą, duszą homara i łzami zamiast soli. No kto by się oparł?

Chef – kanapka kubańska

[kliknij po przepis]

Gdy myślę o tej kanapce, to chce mi się tańczyć. Wszystko tam działa i współgra tak jak powinno.

Czy to ty, czy to ja – Sloppy Joe

[kliknij po przepis]

Kanapka, która bardziej przypomina burgera, ale jednak dla mnie nadal stoi w kategorii kanapko-bułek. Nie jedzcie jej w eleganckim i czystym ubraniu, bo Jasia flejtucha nie da się zjeść bez pobrudzenia.

 

Kuchnia filmowa

CHILI CHEESE FRIES z serialu Ben 10

 

Chili cheese fries, to nic innego jak frytki polane sosem chili i posypane serem. W serialu Ben 10 (można go obejrzeć na Cartoon Network) pojawiają się wiele razy i są jedną z pozycji menu w Burger Chacie, czyli miejscu gdzie spotykają się Ben i jego przyjaciele. Można tam zjeść takie podstawowe dania jak burgery, ale głównym daniem, które zjada tam Ben są właśnie frytki chili.

Jest to pozycja wysoko postawiona w moim osobistym rankingu fast foodów, szczególnie tych, które najlepiej smakują na imprezie. Oczywiście nie jest to danie dietetyczne, ale raz na jakiś czas warto odstawić na bok liczenie kalorii.

Jako fanka bardzo pikantnych dań dodam, że moją ulubioną wersją jest ta z dużą ilością papryczek na wierzchu. Jestem prawie pewna, że moje DNA wygląda tak jak poniżej.

Frytki chili, to jedno z takich dań, które kiedyś wydawało mi się przesadzone i bardzo „amerykańskie”, ale jeśli miałabym wybór – burger albo te frytki, to zdecydowanie wybrałabym to drugie. Po pierwsze – burgery są problematyczne w jedzeniu i mimo tego, że bardzo je lubię, to jednak lubię też komfort jedzenia. A po drugie – uwielbiam ziemniaki w każdej postaci.

SKŁADNIKI NA SOS

  • 1/2 kg mięsa mielonego
  • 1 puszka czerwonej fasoli
  • 1 cebula
  • 1 mały ząbek czosnku
  • 2 puszki krojonych pomidorów
  • 1 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżka koncentratu pomidorowego
  • 1 łyżeczka czarnego, mielonego pieprzu
  • 3 łyżeczki słodkiej papryki
  • 1 łyżeczka chili mielonego
  • 1/2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
  • olej do smażenia

Dodatkowo:

  • 200 g sera żółtego
  • ostre papryczki (np. jalapenos)

PRZYGOTOWANIE

  1. W garnku rozgrzej 2-3 łyżki oleju. Wrzuć pokrojoną w kostkę cebulę i podsmażaj przez kilka minut. Dodaj pieprz, 2 łyżeczki słodkiej papryki, 1 łyżeczkę chili oraz drobno posiekany ząbek czosnku. Podsmażaj, aż cebula będzie lekko brązowa.
  2. Dodaj mięso i resztę przypraw, smaż na dużym ogniu, aż mięso będzie dobrze przysmażone, a następnie dodaj pomidory i koncentrat pomidorowy.
  3. Zmniejsz ognień i duś całość przez około 30 minut, aż sok z pomidorów odparuje, sos zgęstnieje i zrobi się ciemno czerwony. Pod koniec gotowania dodaj fasolę odsączoną z zalewy.

FRYTKI

  1. Opcje są dwie: możesz je kupić albo zrobić samemu. Próbowałam dwóch wersji i ta druga wygrywała, ale wydaje mi się tez, że przy pierwszym podejściu wybrałam kiepskie frytki i dlatego wyszło słabiej.
  2. Jeśli zdecydujesz się na frytki sklepowe, to najlepsze będą takie grubsze i raczej dobrej jakości.
  3. Jeśli zaś wolisz przygotować frytki samemu, to mam na nie dwa patenty: po pokrojeniu ziemniaków w słupki, wypłucz je bardzo dokładnie w chłodnej wodzie (tak porządnie przez 2-3 minuty, żeby wypłukać jak najwięcej skrobi). Po drugie: gotowe frytki namocz przez godzinę w wodzie z 2-3 łyżkami cukru. Rozpuść cukier w małej ilości ciepłej wody, dodaj do frytek, a następnie zalej je jeszcze zimną wodą, tak żeby wszystkie były zanurzone.
  4. Później przed pieczeniem odcedź je tylko i piecz w piekarniku nagrzanym do około 200 stopni. Frytki wychodzą chrupiące i pięknie przypieczone.

Uncategorized

Big Belly Burger z Flasha – przepis na domowe bułki do burgerów

 

Uwielbiam domowe pieczywo i za każdym razem, gdy mam przygotować coś z jakimś wypiekiem, to dwa razy zastanowię się, zanim kupie go w sklepie. Przygotowywałam już chleby, domowe tortille do shoarmy, bułki „szwedki”, robiłam już setki razy, a pieczenie chałek było kiedyś moim ulubionym odprężającym zajęciem. O ile prawie każde pieczywo można znaleźć w sklepie i mieć pewność, że będzie całkiem niezłe, to z burgerami jest tak, że znaleźć dobre bułki do nich jest mega trudno. Wszystkie są napompowane, nadmuchane, mega słodkie i wypchane spulchniaczami. Odkąd pierwszy raz upiekłam domowe bułki do burgerów, to ciężko jest zastąpić ten smak bułką ze sklepu. Domowe bułki są miękkie w środku, lekko chrupiące na zewnątrz i mają delikatnie słodki, maślany smak. Przepis nie jest trudny, a efekt wart poświęcenia czasu 🙂

Do dzisiejszego wpisu zainspirował mnie jeden z moich młodszych czytelników. Oskar napisał do mnie jakiś czas temu z pytaniem czy oglądam Flasha i czy chciałabym coś dla niego przygotować z tego serialu. Trochę to trwało, zanim spełniłam jego prośbę, ale mam nadzieję, że będzie zadowolony z efektu i może zdecyduje się przygotować moje burgery.

Big Belly Burger jest to fikcyjna restauracja z uniwersum DC Comics. Po raz pierwszy pojawiła się w komiksie Superman, ale teraz można  także w serialach Arrow i Flash. I to właśnie Flash, a w zasadzie Flash i mój czytelnik Oskar, byli powodem powstania tego wpisu.

Muszę przyznać, że jestem większą fanką Marvela, niż DC Comics i jedyna postać, do której mam słabość to mroczny Batman, jednak nie mogłam odmówić przygotowania pysznego burgera z najbardziej znanej komiksowej restauracji.

Flash, jak pewnie wiecie jest spin-offem Arrowa i to właśnie w ósmym odcinku pierwszego sezonu tego serialu możemy po raz pierwszy Flasha zobaczyć. W zasadzie to po raz drugi, ponieważ pierwszy serial o przygodach Flasha pojawił się na ekranach telewizorów już na początku lat dziewięćdziesiątych. Mam wrażenie, że wszystkie seriale o superbohaterach DC są takie bardziej młodzieżowe, niż te Marvelowskie, stąd jakoś bardziej ciągnie mnie do tych drugich. Ale burgery to burgery, ponadczasowe danie i dla Batmana i dla Wolverina 😉

Składniki na bułki:

  • 500 g mąki pszennej (może być ciut więcej do podsypania)
  • szklanka ciepłego mleka (nie gorącego, żeby nie zabiło drożdży)
  • 30 g świeżych drożdży
  • 1 jajko
  • 2 żółtka
  • 60 g masła
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżka sezamu
  • 1 jajko wymieszane z 3 łyżkami mleka (do posmarowania bułek)

Składniki na kotlety:

  • 800 g wołowiny (może być już zmielona)
  • sól, pieprz czarny, kmin rzymski mielony, pieprz ziołowy
  • odrobina wody

Dodatki:

  • sosy: dobry ketchup, majonez, musztarda
  • warzywa: czerwona cebula, sałata, ogórki konserwowe
  • ser: żółty tostowy/chedar/mimolette

Przygotowanie:

  1. Ciasto na bułki można zrobić w robocie kuchennym, ja zrobiłam je w Thermomixie, ale wytrwali i zdeterminowani mogą spróbować wyrabiać ciasto ręcznie.
  2. Do ciepłego mleka dodaj drożdże oraz cukier. Wymieszaj do rozpuszczenia składników i odstaw na chwilę.
  3. Rozpuść masło i ostudź, aby nie było zbyt gorące.
  4. Mąkę wsyp do miski (lub misy miksera), dodaj jajko, żółtka, sól, rozpuszczone masło oraz mleko z drożdżami.
  5. Wyrabiaj ciasto przez kilka minut, aż będzie gładkie. Staraj się nie podsypywać go zbyt dużą ilością mąki, żeby z bułek nie wyszły gnioty.
  6. Gdy będzie już gładkie, to włóż je do miski, przykryj ściereczką i odstaw na 30 minut w ciepłe miejsce. Pamiętaj, że drożdże nie lubią chłodu i przeciągów, więc na czas robienia bułek lepiej jest zamknąć kuchenne okna.
  7. Gdy ciasto wyrośnie, podziel je na 4-5 części. Z każdej uformuj lekko spłaszczoną kulę, a następnie ułóż na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.
  8. Gotowe bułki przykryj ścierką i odstaw na kolejne 30 minut.
  9. W tym czasie nagrzej piekarnik do 180 stopni i gdy bułki wyrosną, to posmaruj je jajkiem wymieszanym z mlekiem, posyp sezamem i włóż do piekarnika i piecz przez około 25-30 minut. Jak będą dość przypieczone z wierzchu, to powinny być już gotowe.

Przygotowanie mięsa:

  1. Do zmielonego mięsa dodaj niecałą łyżeczkę soli, 1/2 łyżeczki pieprzu czarnego mielonego, 1/3 łyżeczki kminu oraz 1/2 łyżeczki pieprzu ziołowego.
  2. Wymieszaj dokładnie, najlepiej dłońmi zwilżonymi wodą.
  3. Z mięsa uformuj kotlety, każdy z nich powinien ważyć około 180-200 g.
  4. Mięso można wyrabiać tak jak ciasto, zwilżonymi dłońmi – kotlety będą się bez problemu formowały i nie popękają podczas smażenia.
  5. Smaż je na patelni bez tłuszczu, do dowolnego stopnia wysmażenia.

Całość:

  1. Upieczone bułki przekrój na pół i zanim posmarujesz je sosem, to połóż je wewnętrzną stroną na rozgrzanej patelni, żeby je chwilę podpiec. Dzięki temu sos nie wsiąknie zbyt szybko w środek bułki i nie zrobi się rozmiękła.
  2. Podpieczoną bułkę posmaruj sosem (np. spód ketchupem, a górę majonezem), na to połóż sałatę, kotlet, ser, ogórka oraz cebulkę. I na wierzch druga połówka bułki.

 

Babskie sprawy/ Zdrowie

Jak wytrzymać na diecie?

 

Zacznijmy od tego, że dieta to nie tortury. Nie trzeba jeść liścia sałaty na obiad i pół pomidora na śniadanie. Nie trzeba nawet liczyć kalorii i zmuszać się do jedzenia owsianki na wodzie. Znalezienie informacji odnośnie tego jak schudnąć, co i ile jeść, a także co ćwiczyć nie jest teraz trudne. Często jednak można trafić też na takie, które mogą być szkodliwe. Dieta Dukana, Kopenhaska i inne, które polegają na wykluczeniu wielu składników albo na bardzo drastycznym obcięciu kalorii nigdy nie przyniosą dobrego skutku. Osobnym tematem są posty zdrowotne (np. post dr Dąbrowskiej), ale o nich nie tym razem. Najlepszym sposobem, jest traktowanie diety jako nowego stylu odżywiania, który będzie nam towarzyszył przez resztę życia.

Powoli, małymi krokami można wprowadzać zmiany, wykluczać produkty, które nam szkodzą albo takie, które po prostu nic do naszego żywienia nie wnoszą. Jesteśmy tylko ludźmi i każdy może od czasu do czasu zjeść coś mniej zdrowego, niż zakłada dieta, ale umówmy się – umiar to słowo klucz. Jeśli czipsy, to raz na jakiś czas, a nie co drugi dzień do serialu.

Na diecie jestem już od dłuższego czasu, z sukcesami i porażkami, ale z wszystkiego wyciągam wnioski. Mam już też kilka sprawdzonych patentów na to jak sobie pomóc ułatwić bycie na diecie.


1.  Wyrób sobie nowe, zdrowe nawyki. 

Kiedyś, moje pierwsze kroki po przebudzeniu kierowałam w stronę czajnika. Kawa to była podstawa. Teraz dzień zaczynam ciepłą wodą z cytryną i imbirem. Jeśli macie rowerek stacjonarny albo orbitreka, a do tego lubicie oglądać seriale, to możecie połączyć jedno i drugie i jeżdżąc na rowerku oglądać. Netflix + rowerek to ostatnio moje ulubione połączenie i staram się oglądać seriale tylko wtedy gdy coś robię i tym sposobem wyszłam z serialami z łóżka, a oglądam jeżdżąc, gotując i myjąc naczynia. Innym zdrowym nawykiem może być też pójście do pracy na piechotę, a jeśli jeździcie komunikacją miejską, to możecie wyjść przystanek wcześniej i przejść się.

2. Pozbądź się wszystkiego, czego nie chcesz jeść na diecie`

Opróżnij szafki z czipsów, czekolad, przekąsek i wszystkich innych produktów, których nie chcesz jeść. Ja funkcjonuję tak, że jak mam, to zjem, a jak nie mam, to jest mi dużo łatwiej przezwyciężyć pragnienie zjedzenia czegoś czego raczej nie powinnam i co mi nie służy. Jest małe prawdopodobieństwo, że jeśli zachce mi się czipsów, to pójdę do sklepu je kupić.

3. Plan posiłków

To jest w zasadzie podstawa. Dobry plan pozwala wytrwać i jest bardzo dużym ułatwieniem. Dzięki temu, że mam plan, to wiem co zjem jutro, pojutrze i za kilka dni. Teoretycznie nic nie powinno mnie zaskoczyć, bo wszystko można sobie przygotować wcześniej. Jak jest plan, to nie ma miejsca na jakieś przypadkowe posiłki. Po dobry plan, najlepiej zgłosić się do dietetyka. Zwłaszcza, jeśli nie mamy wiedzy odnośnie odżywiania i do tej pory było ono bardzo przypadkowe.

4. Lista zakupów

Ten punkt ściśle wiąże się z poprzednim. Robienie zakupów „na pałę” nigdy się nie opłaca. Zawsze do sklepowego koszyka wpadają rzeczy, które nie powinny się tam znaleźć. A tu dodatkowa paczka kiełbasy, czekolada w promocji, dwie cukinie więcej, a bo może w końcu zrobię te ciasto z cukinii, które zawsze chciałam zrobić itp itd. Lista zakupów może nie jest jakimś magicznym łańcuchem, który zatrzymuje nas, gdy chcemy sięgnąć po coś co nie znajduje się na liście, ale naprawdę bardzo pomaga ograniczyć nieplanowane zakupy. A co za tym idzie – pomaga ograniczyć dodatkowe produkty, których na diecie chcemy uniknąć.

5. Pij wodę

Na diecie, a przynajmniej na początku zmiany nawyków trzeba się troszkę oszukiwać. Woda, oprócz tego, że jest niezbędna przy wszystkich procesach naszego organizmu, to pozwala też trochę zmylić nasz mózg i żołądek. Nie jest to sposób idealny, ale w przypadku dużej chęci zjedzenia czegoś (nie mylić z głodem) szklanka wody z cytryną robi dużą robotę. Jeśli macie problem z pamiętaniem o piciu wody, to mogą w tym pomóc aplikacje na telefon. Kiedyś sama takiej używałam, ale z czasem już po prostu przestałam jej potrzebować. Najbardziej lubię pić wodę ze szklanki. Gdy pracuję, to stawiam sobie przy komputerze 1,5 l dzbanek z wodą (np. z imbirem i cytryną) i napełniam szklankę. A jak już ją opróżniam, to napełniam znowu. I tak w ciągu dnia, wypijam przynajmniej 2 litry wody, a w przypadku dnia treningowego, to ponad 3 litry, bo cały jeden litr wypijam w trakcie ćwiczeń. Woda jest ważna i nie można o niej zapominać.

6. Prowadź szczery dziennik żywienia

Dziennik, to nie tylko pamiętniczek, któremu możesz się zwierzyć, że zjadłaś nadprogramowy kawałek sernika. To coś, co może Cię uświadomić gdzie i jakie błędy w żywieniu popełniasz. Kiedyś, gdy nie zwracałam uwagi na to co i ile jem, wydawało mi się, że w sumie to jem całkiem niewiele. Mój mózg jakoś usuwał wszystkie drobiazgi, które zjadłam takie jak garść czipsów, kawałek kiełbasy z lodówki, niedokończony obiad mojego syna, cukierek i inne tego typu rzeczy. Ale jak to się mówi – ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. Jeśli nie pilnujesz tego co zjadasz w ciągu dnia, to spróbuj przez najbliższe 3 dni zapisywać wszystko co wkładasz do ust. Każdego cukierka, ziemniaczka, kanapkę, jabłko, dwie kostki czekolady – dosłownie wszystko (w takich podsumowaniach szczególnie szokujące bywają weekendy). Po tych trzech dniach zrób podsumowanie, oszacuj kaloryczność, zastanów się czy jesz zdrowo czy raczej śmieciowo. Takie podsumowanie może otworzyć oczy i być dobrym startem.

7. Motywuj się wraz z innymi. 

Kilka lat temu byłam dość aktywna na forum jednego z dietetycznych portali. Miałam tam moje odchudzające się koleżanki i sama prowadziłam dziennik odchudzania. Teraz najbardziej aktywna jestem na grupie I wish I was Beyonce, którą założyłam 1,5 roku temu. Zebrało się tam całkiem niezłe grono świetnych babek. Motywujemy się, gadamy o babskich sprawach, dzielimy pomysłami na zdrowe posiłki i robimy wszystko to, co robią koleżanki. Jeśli potrzebujesz motywacji – zajrzyj! Bijonski przyjmują wszystkich z otwartymi ramionami!

8. Zrób sobie cheat meal

Czasami trzeba dać sobie na luz. Dziś wyrwiesz sobie wszystkie włosy z głowy, ale nie zjesz kawałka sernika, a jutro ta chęć będzie tak silna, że zjesz pięć kawałków. I po co? Masz ochotę na ten sernik, to go zjedz. Od kawałka ciasta jeszcze nikt nie przytył. Za to od kawałka ciasta codziennie już raczej tak.

9. Czy o niczym nie zapomniałaś?

Pamiętaj, że sukces diety, to nie tylko zrzucone kilogramy. To także dobre nawyki, które mogą zostać z Tobą na dłużej, to więcej energii, lepsze samopoczucie, ładniejsza cera i wiele innych pozytywów. Nie traktuj diety, jak wojny przeciwko sobie. Z doświadczenia wiem, że z nienawiści do siebie nie może przyjść nic dobrego. Najważniejsze, to uświadomić sobie swoje potrzeby, a jedną z tych potrzeb może być po prostu chęć zdrowszego życia. Zadbaj o siebie na wszystkich płaszczyznach – przebadaj się, sprawdź czy za Twoją wagą nie stoi jakaś choroba albo inny zdrowotny problem. A może to nie kwestia funkcjonowania organizmu, a głowy? Psycholog to też dobry pomysł na wsparcie na drodze odchudzania.


Jeśli macie jakieś swoje sprawdzone patenty na przetrwanie na diecie, to chętnie je poznam, piszcie śmiało!