Zarzucę teraz banałem, że wiecie, ludzie są różni. Fizycznie i mentalnie. Nie zawsze to co ładne z zewnątrz, w środku również emanuje pięknem. Jak w tym powiedzonku: ‚gówno zawinęło się  w papierek i udaje, że cukierek’. To nie zasada, broń borze. I nawet ciężko mi to w jakąś jedną ramę włożyć, bo staram się przenigdy nie wyłączać mojej tarczy anty-stereotypowej, a jak słyszę takie pierdoły typu „wszystkie grubaski, to sympatyczne laski” (przykład nie ma znaczenia, możesz tam wkleić stereotyp blondynki-idiotki), to wtedy mam ochotę zrobić fatality z Mortal Kombat i wyrwać takiemu osobnikowi serce.

fatality

Nie o stereotypach, a przynajmniej nie dosłownie, chciałam dziś napisać. Czasami mam wrażenie, że są we mnie dwie osobowości. Z jednej strony czuję, jak wychodzi taki mały szyderca. Paskudny gremlin, który lubi kogoś obgadać, poplotkować na brzydkie tematy, powiedzieć coś niemiłego o tym i o tamtym, a z drugiej strony mam później kaca moralnego i wielką ochotę przywalić sobie z liścia. Bo nie jestem zła, a przynajmniej lubię myśleć o sobie jak o dobrym człowieku, ale takim, który popełnia błędy i potrafi w odpowiednim momencie dać sobie kopa.

Mój stan emocjonalny i to wszystko co ostatnio się ze mną dzieje psychicznie kazało mi mocno przewartościować wszystko co jest wokół mnie. Widzę tysiące moich błędów, zachowania, które nie są moje i widzę też „siebie”, chociaż to tak naprawdę nie jestem ja. Nie ta „ja”, którą chcę być.

W każdym razie, dotknął mnie ostatnio, i to nawet dwukrotnie, taki stereotyp „szczęśliwej osoby”. Z jednej strony to ja oceniłam kogoś błędnie, a z drugiej strony to ktoś błędnie ocenił mnie.

Pierwsza sytuacja: Jakiś czas temu napisała do mnie koleżanka. Taka koleżanka, z którą nigdy nie miałam jakiegoś głębszego kontaktu. Jednak z tego co widziałam „na fejsie”, to żyła dobrze. I ABSOLUTNIE nie ma dla mnie żadnego znaczenia jej sytuacja materialna czy życiowa. Po prostu, to co widziałam z zewnątrz, sprawiło, że myślałam o niej, jak o kobiecie spełnionej na każdym poziomie. Co się okazało? Że ma wiele problemów i że z wieloma sobie nie radzi,a przynajmniej jeszcze nie wie jak sobie poradzić. Przez moją głowę nie przebiegł nawet cień myśli, że gdzieś tam jej świat się zawalił. Sądziłam, że jej życie jest idealnie zaprojektowane. Myliłam się jak cholera.

Druga sytuacja: To do mnie napisała jedna z czytelniczek. To była krótka wiadomość, ale bardzo dała mi do myślenia. Napisała, a właściwie to zapytała skąd we mnie tyle radości i szczęścia. Widzi to na moich zdjęciach i chce wiedzieć skąd. Nie mogłam jej odpisać „Spoko, odetchnij, u mnie chujowo”, ale jej pytanie spowodowało, że zaczęłam myśleć o tym, dlaczego tak ochoczo pokazujemy szczęśliwe chwile ze swojego życia, a nie potrafimy równie łatwo napisać czy powiedzieć:  jest mi źle/jestem nieszczęśliwa/mam problemy/mój świat się wali.

Na pewno słyszeliście o młodej modelce z Australii, która postanowiła usunąć prawie wszystkie zdjęcia ze swojego instagramowego konta. Jak sama stwierdziła, miała dosyć kolorowania rzeczywistości. Essena O’Neil pokazywała zdjęcia swojego ciała, kosmetyków, ubrań. Patrząc na nią i na jej zdjęcia można by pomyśleć, że to chodzący ideał, ale jednak okazało się, że granica między prawdziwym życiem, a życiem w internecie zatarła się, a ona w duchu była po prostu bardzo nieszczęśliwą dziewczyną pragnącą społecznej akceptacji.

Obejrzyjcie film, w którym Essena opowiada o tym jak wyglądało jej życie i dlaczego chce opuścić świat social media.

Problem jest taki, że widząc te wszystkie ślicznie wyglądające owsianki, mieszkania a’la Pinterest, smukłe sylwetki i zawsze idealne loki, wiele ludzi po prostu ulega tym złudzeniom i porównuje siebie do zdjęć, do tych nierealnych widoków. Myślimy – wtf, gdzie popełniłam błąd? Patrzysz na swoją stertę naczyń w zlewie, na nieuprasowane ubrania, na męża co siedzi w dresach przed komputerem i na dziecko, które znowu wylało kakao na dywan. Zaraz, zaraz. Jeszcze pozostałaś Ty. Piłaś dziś kawę z fusami, nie latte ze starbucksa. Twój makijaż pozostawia wiele do życzenia i wcale nie masz ochoty przebiec dziś 5 km i przeczytać inteligentną książkę.

Zapewniam Was, że nie wszyscy ludzie są idealni i szczęśliwi. Ja nie jestem. I wcale się tego nie wstydzę. Są dni, gdy nie mam ochoty sprzątać i nawet nie spoglądam w stronę zlewu, żeby sobie nie podnosić ciśnienia. Czasami nie maluję się wcale, a moim komfortowym strojem są wyciągnięte dresy i stara koszulka. Czasami też nie mam ochoty się uśmiechać i po prostu dużo płaczę. Czasami nie mogę zasnąć, bo myślę o wszystkich swoich problemach i o tym co mogłam w życiu zrobić inaczej. Czasami czuję się ze sobą tak źle, że jedynym wyjściem jest przykrycie się kołdrą i niewychodzenie z łóżka przez tydzień.

A czasami czuję, że muszę wziąć się w garść, bo życie to coś więcej, niż ładne obrazki na instagramie. Życie to więcej, niż smukłe uda i jędrne piersi. Życie to więcej, niż idealnie ułożone włosy i duża zawartość portfela. Spróbuj spojrzeć w lustro i powiedzieć: „Popełniam błędy, nie jestem idealna/y, ale pracuję nad sobą”. Nie warto gonić za byciem NAJLEPSZYM. We wszystkim trzeba odnaleźć balans. I w byciu najlepszym i w byciu najgorszym.

Nie bójcie się być nieidealni.  Bądźcie tacy, jacy chcecie być, w zgodzie ze sobą.

 
  • ania

    „Czasami czuję się ze sobą tak źle, że jedynym wyjściem jest przykrycie się kołdrą i niewychodzenie z łóżka przez tydzień.”

    Kilka lat temu przez kilka lat dokładnie tak się czułam. Nikomu nie życzę. Bo nawet wyć do księżyca nie miałam sił. W tym czasie okazało się, że mój własny organizm zeżarł moją tarczycę. Hashimoto z niedoczynnością – diagnoza i leczenie dosłownie postawiły mnie na nogi. Zbadaj, kochana, TSH.

     
    • Badałam kilka miesięcy temu i byłam na granicy normy. Chyba powtórzę badania, bo miałam przez pewien czas takie myśli, że może mój stan jest wynikiem niedoczynności.

       
      • może to problem z za niskim poziomem witaminy D. Suplementujesz?

         
        • Zaczęłam się suplementować, ale chyba to zbyt krótki czas, aby zauważyć znaczącą różnicę. Jednak widzę, że jest lekka poprawa i chyba podświadomie czuję, że na mój kiepski stan duży wpływ ma też brak słońca, dieta, ruch, a w zasadzie jego brak.

           
      • ania

        Paulina, jeśli na granicy, to koniecznie zrób „tarczycową trójkę”: TSH, ft3 i ft4 oraz przeciwciała anty-TPO. Z diagnozą niedoczynności jest ch***wo, ale stabilnie ;D

         
        • Szczerze, to już od jakiegoś czasu się zbieram żeby zrobić te badania, bo trochę nie byłam przekonana tym „na granicy”. Podobno inaczej wyniki czyta zwykły lekarz, a inaczej endokrynolog, więc chyba będę musiała ruszyć dupsko i ogarnąć to konkretnie 😉

           
          • ania

            no to daję kopa w dupsko, żebyś zrobiła komplet badań i wybrała się do endo – rachu ciachu i po strachu ;D the best strategy for the autumn!

             
  • ela

    Ja chodzę na treningi, dobrze zarabiam, czytam książki, słucham dobrej muzyki, rozwijam się, ale też nie jestem jakoś super szczęśliwa. Mam burdel w pokoju, często nie chce mi się go sprzątać, bo przeszkadza mi myśl, że zaraz i tak będzie wyglądać tak samo. Codzienne gotowanie doprowadza mnie do ogromnej frustracji. Codziennie chodzę spać przed 24 i wstaję przed 6, aż dziw, że jakoś funkcjonuję (może to nie prawda z tymi 8 godzinami?). W pracy siedzę i 8h gapię się w monitor, chyba czekam, aż szef to zauważy i mnie zwolni (jestem handlowcem, na szczęście klienci również sami dzwonią). Wiem, że mogłabym zarabiać ogromne pieniądze (2% od każdej sprzedaży, chodzi o drogie maszyny), przydałyby się, bo od lutego wprowadzam się na nowe mieszkanie, które wymaga naprawdę porządnego remontu. A jednak siedzę i nie robię nic. Nawet dla siebie nic nie robię, marnotrawię czas, po każdym dniu pracy mam do siebie żal i chcę coś z tym zrobić i nie robię, nie umiem, nie wiem czemu. Wmawiam sobie, że jestem leniem. Czy wolno tak o sobie myśleć? Kiedyś na terapii usłyszałam, że czekam na karę. Wolałabym jej jednak nie dostać…

     
    • To jest trochę sabotowanie samego siebie. Też tak miałam. Świadomie unikałam obowiązków i zajęć, które mogły przynieść mi jakiś zysk (np. finansowy). Marnotrawiłam bardzo dużo czasu i nadal z tym walczę. Często zdarza mi się po prostu unikać wszystkich obowiązków, mimo, że wiem, że będę musiała ponieść tego konsekwencje. Jednak nawet świadomość konsekwencji nie stawiała mnie na nogi. To trudny stan i rozumiem dokładnie to o czym piszesz…

       
      • ela

        A jak sobie z tym radzić? Próbowałam już chyba wszystkiego 🙁

         
        • A chodzisz obecnie na terapię? Do psychiatry czy psychologa? Jeśli tak, to pomyśl, czy ta terapia jest dla Ciebie dobra, być może potrzebujesz zmiany terapeuty. Jeśli zaś nie chodzisz, to polecałabym znaleźć dobrego specjalistę i się do niego wybrać.

           
  • Świetnie napisane!
    A propos Esseny O’Neil to wydaje mi się, że to po prostu młoda dziewczyna, która się pogubiła. Niepotrzebnie dążyła do perfekcji, sądząc że tak trzeba.
    Po pierwsze wątpię czy w dzisiejszych czasach ktokolwiek jeszcze wierzy, że to co publikujemy w kanałach social media to „cała prawda” o nas. Jesteśmy estetami – to dlatego nie wrzucimy zdjęć spalonego kotleta czy rozpadającego się tortu, tylko fotki, które są udane. Poza tym jeśli dbamy o jakość, to chcemy pokazać czytelnikom coś porządnego, a nie jakiś niewypał.

    Po drugie: jest przecież mnóstwo profili, chociażby na insta, na których publikowane są przeróżne wpadki, bliższe rzeczywistości. To nadal pewien rodzaj kreacji, a jednocześnie sygnał, że nie musimy traktować wirtualnej rzezcywistości tak śmiertelnie poważnie.

    Słowem, nie ma co demonizować mediów społecznościowych, warto podchodzić do nich z dystansem i nauczyć tego nasze dzieci. Każdy rozsądny odbiorca domyśla się, że na co dzień jesteśmy całkiem normalni, a to co publikujemy to tylko wybrane momenty – tak jak w dawnych czasach zdjęcia wywoływane, aby wkleić je do pamiątkowego albumu 🙂

     
  • Magdalena Galbierz

    40 dni temu straciłam ciążę. Bliźniaczą.
    Czekałam na dogodny czas i w ogóle pierdylion sprzyjających okoliczności.
    O początku było źle… A ja się modliłam i klęłam na przemian.
    Prosiłam los/życie/Boga (niepotrzebne skreślić) że jeśli nie dwoje, to chociaż jedno.
    Ale stało się, niestety, najgorsze.

    Kilka dni później spotkałam się z Koleżanką, która powiedziała mi: ‚Dobrze że to trafiło na ciebie. Inna (kobieta) by sobie nie poradziła…’ Chryste, jak mnie to zabolało! I dało do myślenia.
    Bo tak mnie widzą- silna herod-baba. Co to sobie ze wszystkim poradzi. Przez życie przejedzie jak czołg (oby nikt nie wpadł na to, żeby mi wyryć na nagrobku takie epitafium- Tu leży ta, co przez życie…’ )
    A ja bym chciała żeby cały ten świat, psia jego mać, choć raz zobaczył że i JA potrafię rozpaść się na milion kawałków i nie potrafię się pozbierać i być.. zwyczajnie smutna, sfrustrowana, niezadowolona. Że nie zawsze mam ochotę brać się z tym życiem za bary i udowadniać, że co! ja nie dam rady?…
    A kur*wa nie daję sobie czasem rady… Ale przecież ja nie mogę nie chcieć, nie potrafić, nie móc…

     
    • Magda, bardzo mi przykro z powodu Twojej straty. Nawet nie wyobrażam sobie jak ciężkim i bolesnym przeżyciem musiało to być dla Ciebie. I niestety tak to jest, że gdy całe życie mamy na sobie skorupę i twardą dupę, to potem ludziom się wydaje, że jesteśmy niezniszczalni. Myślę, że czułam coś podobnego. Miałam w życiu wiele mega trudnych wydarzeń, bolesnych spraw i problemów, które każdego normalnego człowieka by przerosły. Za każdym razem jak słyszałam od przyjaciół „Ty to jesteś twarda, tyle w życiu przeszłaś, a zobacz jak sobie dałaś radę” – i zawsze gdy to słyszałam, to gotowało się we mnie. Chciałam wykrzyczeć, że wcale nie jestem taka silna, że jest mi ciężko, ale nigdy tego nie zrobiłam. I potem wylądowałam u psychiatry. Teraz już nie uważam, że zawsze ze wszystkim muszę sobie poradzić. Wiem, że nie zawsze będę silna i pozwalam sobie na słabości. To bardzo pomaga.