Browsing Category

Babskie sprawy

Babskie sprawy/ Życie

34 małe rzeczy, które przynoszą radość + KONKURS

Międzynarodowy Dzień Szczęścia przypada tylko raz do roku. Jednak ja nie potrzebuje specjalnej okazji, żeby szukać sobie powodów do szczęścia i radości. Ostatnio trafiłam u Tekstualnej na wpis o cytatach mądrych kobiet. Ten trafił do mnie szczególnie:

„W życiu nie chodzi o czekanie aż burza minie. Chodzi o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu.” – Vivian Green

Tak staram się żyć. Doceniając małe rzeczy. Wiadomo, że czasami jest źle. Włosy się nie układają, brakuje pieniędzy na koniec miesiąca, wszystko irytuje, a deszcz zaczyna padać akurat, gdy wychodzimy z domu. No czasami tak po prostu jest. Trzeba przetrwać i przeczekać. Banalnie, ale po burzy zawsze przychodzi słońce. A nawet w trudnych chwilach wolę zwracać uwagę na dobre rzeczy, niż podkreślać te złe. I tak oto powstała poniższa lista. Drobiazgi, które powodują uśmiech albo przynajmniej lekkie uniesienie kącików ust. Mała rzecz, a cieszy!

  1. Spanie w świeżej pościeli.
  2. Sukienka z kieszeniami.
  3. Cisza, która nie jest niezręczna.
  4. Uczucie troski, gdy ktoś opiekuje się Tobą podczas choroby.
  5. Przytulanie.
  6. Uprzejma ekspedientka.
  7. Słoneczne i ciepłe dni.
  8. Spacer w nocy, gdy jest ciepło.
  9. Wciągająca książka.
  10. Wolne miejsce w tramwaju.
  11. Przypomnienie sobie o fajnej zapomnianej piosence.
  12. Obserwowanie śpiącego dziecka (swojego 😉 ).
  13. Zanurzenie stopy w morzu, żeby sprawdzić czy woda jest zimna.
  14. Znalezienie drobnych w kieszeni.
  15. Łzy ze śmiechu.
  16. Zapach prania.
  17. Zapach świeżo skoszonej trawy.
  18. Gdy ktoś pochwali Twoją pracę.
  19. Trzymanie się za rękę.
  20. Zapach popcornu w kinie.
  21. Dopiero co ogolone nogi 😀
  22. Posprzątane mieszkanie.
  23. Smaczna kawa.
  24. Buziak w czoło.
  25. Rozśmieszenie kogoś.
  26. Filmy Disneya, te ulubione z dzieciństwa.
  27. Zapach starych książek.
  28. Pływanie.
  29. Nowy odcinek ulubionego serialu.
  30. Pierwszy łyk kawy.
  31. Kwiaty.
  32. Chleb opieczony na ognisku.
  33. Śniadanie jedzone w łóżku.
  34. Przytulenie dziecka.

A jakie są Twoje drobne radości? Dziś moją radością jest to, że będę mogła sprawić przyjemność jednej z Was! Napisz w komentarzu pod tym postem jaki drobiazg Tobie sprawia przyjemność, a ja wybiorę jedną z odpowiedzi i autorkę obdaruję upominkiem – bonem do perfumerii Perfumesco ufundowanym przez Perfumesco oraz zestawem drobiazgów ufundowanych przez firmę RUCH. Nagroda zostanie wysłana poprzez usługę Paczka w Ruchu, która jest moim zdaniem obecnie jedną z najlepszych możliwości wysyłki paczek.

Paczkę można nadać w każdym kiosku RUCHu w bardzo łatwy, szybki i niedrogi sposób – ceny za paczkę są bardzo atrakcyjne. Do wysłania Paczki w Ruchu potrzebne są tylko takie podstawowe dane jak imię, nazwisko, numer telefonu oraz adres mailowy. Sam proces wysyłki Paczki w Ruchu jest bardzo prosty – wystarczy przygotować paczkę, na stronie paczkawruchu.pl wygenerować kod nadania lub list przewozowy, wybrać kiosk, w którym nadamy paczkę i zanieść ją do tego wybranego punktu. Odbiorca po otrzymaniu smsa może odebrać paczkę z kiosku.

Proste rozwiązania również sprawiają radość, a Paczka w Ruchu trafia na moją listę „ułatwiaczy życia” 😉

Regulamin konkursu:

  1. Zadanie konkursowe polega na zostawieniu komentarza pod tym wpisem z odpowiedzią na pytanie: Jakie są Twoje drobne radości?
  2. Sponsorem nagród jest perfumeria Perfumesco oraz RUCH.
  3. Nagrodą jest bon o wartości 150 zł do zrealizowania w sklepie Perfumesco oraz zestaw drobiazgów marki RUCH.
  4. Nagroda zostanie wysłana poprzez usługę Paczka w Ruchu– zobacz na czym polega i sprawdź punkty odbioru w Twojej okolicy.
  5. Konkurs trwa do 05.05.2017.
  6. Wyniki konkursu pojawią się na końcu tego wpisu 06.05.2017.
  7. Jedna osoba może pozostawić max 3 komentarze konkursowe.

Wpis powstał przy współpracy z marką RUCH. 

 


Dziękuję wszystkim za wzięcie udziału w konkursie! Nagrodę wygrywa Stella Kostyła. Proszę o kontakt na hello [at] paulinawnuk.com 🙂

 

 
Babskie sprawy/ Zdrowie

Jak wytrzymać na diecie?

Zacznijmy od tego, że dieta to nie tortury. Nie trzeba jeść liścia sałaty na obiad i pół pomidora na śniadanie. Nie trzeba nawet liczyć kalorii i zmuszać się do jedzenia owsianki na wodzie. Znalezienie informacji odnośnie tego jak schudnąć, co i ile jeść, a także co ćwiczyć nie jest teraz trudne. Często jednak można trafić też na takie, które mogą być szkodliwe. Dieta Dukana, Kopenhaska i inne, które polegają na wykluczeniu wielu składników albo na bardzo drastycznym obcięciu kalorii nigdy nie przyniosą dobrego skutku. Osobnym tematem są posty zdrowotne (np. post dr Dąbrowskiej), ale o nich nie tym razem. Najlepszym sposobem, jest traktowanie diety jako nowego stylu odżywiania, który będzie nam towarzyszył przez resztę życia.

Powoli, małymi krokami można wprowadzać zmiany, wykluczać produkty, które nam szkodzą albo takie, które po prostu nic do naszego żywienia nie wnoszą. Jesteśmy tylko ludźmi i każdy może od czasu do czasu zjeść coś mniej zdrowego, niż zakłada dieta, ale umówmy się – umiar to słowo klucz. Jeśli czipsy, to raz na jakiś czas, a nie co drugi dzień do serialu.

Na diecie jestem już od dłuższego czasu, z sukcesami i porażkami, ale z wszystkiego wyciągam wnioski. Mam już też kilka sprawdzonych patentów na to jak sobie pomóc ułatwić bycie na diecie.


1.  Wyrób sobie nowe, zdrowe nawyki. 

Kiedyś, moje pierwsze kroki po przebudzeniu kierowałam w stronę czajnika. Kawa to była podstawa. Teraz dzień zaczynam ciepłą wodą z cytryną i imbirem. Jeśli macie rowerek stacjonarny albo orbitreka, a do tego lubicie oglądać seriale, to możecie połączyć jedno i drugie i jeżdżąc na rowerku oglądać. Netflix + rowerek to ostatnio moje ulubione połączenie i staram się oglądać seriale tylko wtedy gdy coś robię i tym sposobem wyszłam z serialami z łóżka, a oglądam jeżdżąc, gotując i myjąc naczynia. Innym zdrowym nawykiem może być też pójście do pracy na piechotę, a jeśli jeździcie komunikacją miejską, to możecie wyjść przystanek wcześniej i przejść się.

2. Pozbądź się wszystkiego, czego nie chcesz jeść na diecie`

Opróżnij szafki z czipsów, czekolad, przekąsek i wszystkich innych produktów, których nie chcesz jeść. Ja funkcjonuję tak, że jak mam, to zjem, a jak nie mam, to jest mi dużo łatwiej przezwyciężyć pragnienie zjedzenia czegoś czego raczej nie powinnam i co mi nie służy. Jest małe prawdopodobieństwo, że jeśli zachce mi się czipsów, to pójdę do sklepu je kupić.

3. Plan posiłków

To jest w zasadzie podstawa. Dobry plan pozwala wytrwać i jest bardzo dużym ułatwieniem. Dzięki temu, że mam plan, to wiem co zjem jutro, pojutrze i za kilka dni. Teoretycznie nic nie powinno mnie zaskoczyć, bo wszystko można sobie przygotować wcześniej. Jak jest plan, to nie ma miejsca na jakieś przypadkowe posiłki. Po dobry plan, najlepiej zgłosić się do dietetyka. Zwłaszcza, jeśli nie mamy wiedzy odnośnie odżywiania i do tej pory było ono bardzo przypadkowe.

4. Lista zakupów

Ten punkt ściśle wiąże się z poprzednim. Robienie zakupów „na pałę” nigdy się nie opłaca. Zawsze do sklepowego koszyka wpadają rzeczy, które nie powinny się tam znaleźć. A tu dodatkowa paczka kiełbasy, czekolada w promocji, dwie cukinie więcej, a bo może w końcu zrobię te ciasto z cukinii, które zawsze chciałam zrobić itp itd. Lista zakupów może nie jest jakimś magicznym łańcuchem, który zatrzymuje nas, gdy chcemy sięgnąć po coś co nie znajduje się na liście, ale naprawdę bardzo pomaga ograniczyć nieplanowane zakupy. A co za tym idzie – pomaga ograniczyć dodatkowe produkty, których na diecie chcemy uniknąć.

5. Pij wodę

Na diecie, a przynajmniej na początku zmiany nawyków trzeba się troszkę oszukiwać. Woda, oprócz tego, że jest niezbędna przy wszystkich procesach naszego organizmu, to pozwala też trochę zmylić nasz mózg i żołądek. Nie jest to sposób idealny, ale w przypadku dużej chęci zjedzenia czegoś (nie mylić z głodem) szklanka wody z cytryną robi dużą robotę. Jeśli macie problem z pamiętaniem o piciu wody, to mogą w tym pomóc aplikacje na telefon. Kiedyś sama takiej używałam, ale z czasem już po prostu przestałam jej potrzebować. Najbardziej lubię pić wodę ze szklanki. Gdy pracuję, to stawiam sobie przy komputerze 1,5 l dzbanek z wodą (np. z imbirem i cytryną) i napełniam szklankę. A jak już ją opróżniam, to napełniam znowu. I tak w ciągu dnia, wypijam przynajmniej 2 litry wody, a w przypadku dnia treningowego, to ponad 3 litry, bo cały jeden litr wypijam w trakcie ćwiczeń. Woda jest ważna i nie można o niej zapominać.

6. Prowadź szczery dziennik żywienia

Dziennik, to nie tylko pamiętniczek, któremu możesz się zwierzyć, że zjadłaś nadprogramowy kawałek sernika. To coś, co może Cię uświadomić gdzie i jakie błędy w żywieniu popełniasz. Kiedyś, gdy nie zwracałam uwagi na to co i ile jem, wydawało mi się, że w sumie to jem całkiem niewiele. Mój mózg jakoś usuwał wszystkie drobiazgi, które zjadłam takie jak garść czipsów, kawałek kiełbasy z lodówki, niedokończony obiad mojego syna, cukierek i inne tego typu rzeczy. Ale jak to się mówi – ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. Jeśli nie pilnujesz tego co zjadasz w ciągu dnia, to spróbuj przez najbliższe 3 dni zapisywać wszystko co wkładasz do ust. Każdego cukierka, ziemniaczka, kanapkę, jabłko, dwie kostki czekolady – dosłownie wszystko (w takich podsumowaniach szczególnie szokujące bywają weekendy). Po tych trzech dniach zrób podsumowanie, oszacuj kaloryczność, zastanów się czy jesz zdrowo czy raczej śmieciowo. Takie podsumowanie może otworzyć oczy i być dobrym startem.

7. Motywuj się wraz z innymi. 

Kilka lat temu byłam dość aktywna na forum jednego z dietetycznych portali. Miałam tam moje odchudzające się koleżanki i sama prowadziłam dziennik odchudzania. Teraz najbardziej aktywna jestem na grupie I wish I was Beyonce, którą założyłam 1,5 roku temu. Zebrało się tam całkiem niezłe grono świetnych babek. Motywujemy się, gadamy o babskich sprawach, dzielimy pomysłami na zdrowe posiłki i robimy wszystko to, co robią koleżanki. Jeśli potrzebujesz motywacji – zajrzyj! Bijonski przyjmują wszystkich z otwartymi ramionami!

8. Zrób sobie cheat meal

Czasami trzeba dać sobie na luz. Dziś wyrwiesz sobie wszystkie włosy z głowy, ale nie zjesz kawałka sernika, a jutro ta chęć będzie tak silna, że zjesz pięć kawałków. I po co? Masz ochotę na ten sernik, to go zjedz. Od kawałka ciasta jeszcze nikt nie przytył. Za to od kawałka ciasta codziennie już raczej tak.

9. Czy o niczym nie zapomniałaś?

Pamiętaj, że sukces diety, to nie tylko zrzucone kilogramy. To także dobre nawyki, które mogą zostać z Tobą na dłużej, to więcej energii, lepsze samopoczucie, ładniejsza cera i wiele innych pozytywów. Nie traktuj diety, jak wojny przeciwko sobie. Z doświadczenia wiem, że z nienawiści do siebie nie może przyjść nic dobrego. Najważniejsze, to uświadomić sobie swoje potrzeby, a jedną z tych potrzeb może być po prostu chęć zdrowszego życia. Zadbaj o siebie na wszystkich płaszczyznach – przebadaj się, sprawdź czy za Twoją wagą nie stoi jakaś choroba albo inny zdrowotny problem. A może to nie kwestia funkcjonowania organizmu, a głowy? Psycholog to też dobry pomysł na wsparcie na drodze odchudzania.


Jeśli macie jakieś swoje sprawdzone patenty na przetrwanie na diecie, to chętnie je poznam, piszcie śmiało!

 
Babskie sprawy/ Osobliwości/ Rozwój

Nie mam wykształcenia, czy jestem głupia i gorsza?

Czy znajdę pracę bez wykształcenia? Czy inni ludzie mają mnie za głupią, bo nie studiowałam? Takie i inne pytania zadawałam sobie ostatnie kilka lat. Kompleks intelektualny towarzyszył mi odkąd przerwałam liceum. Czułam się głupsza, gorsza, wstydziłam się rozmawiać o szkole. W wieku policealnym, gdy słyszałam pytanie „co studiujesz?”, to miałam ochotę schować głowę w piasek, albo wrzasnąć, że nie wszyscy muszą studiować i prawidłowo te pytanie powinno brzmieć – CZY STUDIUJESZ? 

Wiedziałam, że nie jestem głupia. Nie miałam problemów z przyswajaniem wiedzy, uwielbiałam pisać wypracowania i nawet oceny dostawałam bardzo dobre. Zawsze gorzej szło mi z przedmiotami ścisłymi, ale nie przeszkadzało mi to, bo wiedziałam co chcę robić i czego się uczyć. Nauczyciele twierdzili, że mam potencjał, ale jestem leniwa – chociaż to akurat mówi się większości uczniów 😉

W każdym razie, było mi potwornie przykro, że nie skończyłam szkoły, a w dodatku czułam się głupia, pusta i bez wartości. Zwłaszcza, że zostawiłam szkołę nie dlatego, że źle się uczyłam, ale dlatego, że musiałam pójść do pracy. I chociaż to nie samej pracy się wstydziłam, to moje kompleksy były bardzo głębokie, a poczucie wartości tak niskie, że wydawało mi się, że to co było w tamtej chwili, to jedyne co mnie w życiu czeka.


Żadna praca nie hańbi. Twierdziłam tak zawsze i twierdzę również teraz. Nigdy nie wstydziłam się tego co robię, ale chciałam więcej. Moją pierwszą pracą było rozdawanie ulotek (miałam wtedy 13-14 lat). Później, już w wieku licealnym pracowałam w kebabie, sklepie, opiekowałam się dziećmi, myłam okna i sprzątałam. Wszystko to, żeby mieć choć namiastkę samodzielności, z chęci i przymusu zarazem. Jednak coś za coś. W wieku 20 lat, czułam się jakbym miała tak naprawdę 40 lat i całe bezwartościowe życie za sobą, bo przecież, ani nie skończyłam szkoły, ani nie mam świetnej pracy, ani swojego mieszkania, ani samochodu, ani nie byłam nigdy za granicą, nie wiem nic o świecie i w ogóle to już czułam, że po prostu się cofam i jestem coraz głupsza.

Byłam zamknięta w sobie, czułam się też nieatrakcyjna towarzysko, bo wszyscy moi znajomi rówieśnicy byli zajęci studiami, a główne tematy rozmów to wszystkie okołostudiowe rzeczy, których ja zupełnie nie rozumiałam. Zatem do kompleksów spowodowanych brakiem wykształcenia możemy dorzucić samotność i ogólne poczucie niskiej wartości.

Poza tym, na swojej drodze nie zawsze spotykałam samych miłych ludzi. Niektórzy za wszelką cenę chcieli mi udowodnić, że faktycznie jestem głupsza i gorsza, bo nie mam szkoły. I nie ważne było to jakim jestem człowiekiem i co mam w głowie.

I mimo tego wszystkiego co myślałam o sobie wtedy, teraz jestem z siebie dumna. Starałam się i walczyłam o swoje życie jak mogłam. Gdy tylko trzeba było, to pracowałam najciężej jak można było, a jeśli ktokolwiek i kiedykolwiek ocenił mnie przez to co robiłam, to trudno. Teraz znam swoją wartość i nikt mi nie wmówi, że jestem przegrańcem, bo nie mam studiów. W ogóle, jeśli ktokolwiek ocenia drugą osobę w ten sposób, to bardzo prawdopodobne, że sam ma ze sobą duży problem.


Ludzie spieszą się ocenić innych, bo boją się oceniać siebie.

Łatwo jest oceniać innych. Oj, bardzo łatwo. A najłatwiej patrząc na wszystko tylko ze swojej perspektywy i poprzez własne doświadczenia, zupełnie nie biorąc pod uwagę tego, że ktoś nie ma wykształcenia czy dobrej pracy nie dlatego, że jest głupi, ale dlatego, że np. tak potoczyło się życie, miał trudną sytuacje, rodzinne problemy. I niezależnie od starań i chęci, na ten moment nie może mieć więcej, niż ma.

Niestety, to właśnie ocena innych często dobijała mnie najbardziej. Często myślałam tylko o tym, że muszę jakoś udowodnić innym, że mnie stać na więcej, że mogę i chcę czegoś innego, że nie jestem głupia i wcale nie jestem jakaś wybrakowana, bo pracuję w sklepie.

I chyba każdy chciałby w życiu więcej, ale czasami po prostu nie można, a dobrze jest też mieć co do garnka włożyć. Niezależnie czy masz wykształcenie czy nie – musisz zapłacić za mieszkanie, mieć co jeść, co ubrać, a często nie myślisz tylko o sobie, ale też o dzieciach. Praca, jak chociażby osoby pracującej na kasie w markecie nie dość, że jest fizycznie ciężka, to jeszcze stresująca. Takie osoby codziennie muszą spotykać się z kąśliwymi uwagami, złośliwymi klientami, a do tego dochodzi stres związany z pomyłkami, długie godziny pracy i pensja nieadekwatna do wykonanej pracy. Pracowałam w sklepie kilka lat i choć nigdy nie był to duże sklepy, to i tak bywało różnie, a na pewno nie było lekko.

I nigdy nie dajcie sobie wmówić, że jesteście gorsi, bez wartości albo wasze życie nie ma sensu, bo nie robicie w życiu tego co zawsze chcieliście robić. A jeśli to Ty jesteś jednym z tych naśmiewających się, to pamiętaj, że życie pisze różne scenariusze i zawsze może postawić Cię w kryzysowej sytuacji, bez uprzedzenia.


Nikt nie zabroni Ci marzyć, a marzenia to pierwszy krok do zmian. Zawsze można mieć cele, mniejsze lub większe, ale to one sprawią, że możesz pójść do przodu. Chciałam skończyć szkołę? Skończyłam ją. Chciałam nauczyć się gotować i blogować? Robię to i cały czas się uczę. Nie potrzebowałam do tego dyplomu, wielkich pieniędzy i wielkich zasobów czasu. Małe cele, które zostają spełnione, dają motywacje do robienia większych rzeczy. I wiem, że nie wszystko da się zrobić bez wykształcenia, ale jest wiele możliwości, po które można sięgnąć.

Czy można coś osiągnąć nie mając nawet matury? Można, a wiele przykładów możecie znaleźć wśród szanowanych i znanych ludzi pracujących w wielu dziedzinach. Mogłabym tu wymieniać aktorów, dziennikarzy, pisarzy, a także wielu artystów. Naprawdę daleko szukać nie trzeba i zapewniam, że właśnie te osoby nie posiadające wykształcenia widujecie codziennie w telewizji.  Co spowodowało, że im się udało? Może szczęście, może znajomości, a może ciężka praca i umiejętności? Wiem, że nie każdy ma takie same szanse, a życie ogólnie rzadko kiedy bywa fair, ale trzeba iść do przodu i nie oglądać się za siebie. Mówię to ja – wydałam książkę, a nie mam matury, znajomości, ani kasy 😀

Widujecie też osoby wykształcone, które pracują niekoniecznie tam gdzie by chciały. Ale pracują i starają się, aby mieć za co żyć i aby utrzymać rodzinę. Na tym polega życie. I jak komuś przeszkadza wasz standard życia czy pracy, to jest to tylko i wyłącznie jego problem. Nie pozwólcie, żeby cudze kompleksy obniżały waszą pewność siebie.

Życzę wam, żebyście niezależnie od wszystkiego zawsze szli przez życie z podniesioną głową.

 

 
Babskie sprawy

Dlaczego nie jestem włosomaniaczką…

Długie włosy miałam odkąd pamiętam. Były one oczywiście wielką chlubą i wszystkie koleżanki mojej mamy zawsze dotykały moich włosów, żeby zobaczyć jak grube są. „Och, jakie ona ma grube włosy. A jakie piękne. Och i ach!” – nie ukrywam, że dotykanie moich włosów przez każdą napotkaną osobę wkurzało mnie niesamowicie i w zasadzie od dziecka marzyłam, żeby włosy obciąć, chociaż troszkę.

Z jednej strony nie mam co narzekać. Lepsze grube i mocne, niż słabe i przerzedzone, ale mimo wszystko, jest to ogromny ciężar. Latem jest bardzo gorąco z takimi włosami, ciężko jest je dokładnie umyć i opłukać, dokładne suszenie trwa minimum 30 minut, robią się kołtuny (mój koszmar z dzieciństwa) i grube włosy niestety nie chcą się układać w żaden sensowny sposób.

Ale żeby nie było, że tylko jęczę, że te moje włosy są takie okropne, to poza tym, że w dzieciństwie było mi z nimi ciężko, to później w nastoletnich latach czułam się już o wiele lepiej. To wszystko za sprawą eksperymentów – samodzielnego obcinania grzywki, farbowania na różne kolory (szczególnie upodobałam sobie odcienie czerwieni) i prostowania, dzięki któremu przestałam wyglądać jak król lew. Nie bałam się robić z moimi włosami różnych cudów, bo wiedziałam, że zawsze szybko mi odrastają, a poza tym są mocne i na pewno się nie zniszczą.

Z wiekiem poszłam po rozum do głowy i stwierdziłam, że „balejaż” to ja już sobie odpuszczę, tak samo jak samodzielne obcinanie grzywki, które i tak za każdym razem kończyło się wizytą u fryzjera. Przez długi, długi czas moje włosy były po prostu brązowe. Mój naturalny kolor to taki ciemno-mysi brąz, więc zazwyczaj dopieszczałam go trochę farbą – mokka, kasztan albo coś w tym stylu. W końcu jednak przyszedł moment, gdy stwierdziłam, że skoro mam tak długie, mocne, grube włosy, to wręcz powinnam zrobić z nich pożytek. I tak oddałam ponad 30 cm moich włosów dla fundacji Rak’n’Roll. Tym sposobem po raz pierwszy w życiu miałam włosy takiej długości, że nie mogłam ich nawet związać, ale na głowie czułam cudowną lekkość.

Ciężko było przywyknąć do tak krótkich włosów, gdy moja ulubiona i najwygodniejsza fryzura to było związanie ich w kok na czubku głowy. Mimo wszystko, wiedziałam, że za rok moje włosy będą już idealnej długości, a myśl, że mogę nimi sprawić komuś radość rekompensowała wszystko. Włosy przekazywane w ramach akcji Daj Włos powinny mieć przynajmniej 25 cm długości. Nie mogą być zniszczone, ani rozjaśniane. Farbowanie włosów na ciemniejsze kolory nie jest przeszkodą.

Po tym, jak straciłam taką ilość włosów, na nowo przekonywałam się jak to fajnie jest mieć długie włosy. I teraz, dokładnie 1,5 roku po ich ścięciu znowu są w miarę długie. Bez problemu mogę związać je w kucyk, upleść warkocz, czy zakręcić loki.

Nie stosuję żadnej wyszukanej pielęgnacji. Często miałam problemy ze skórą głowy, więc przetestowałam już chyba wszystkie możliwe szampony przeciwłupieżowe (najdłużej stosowałam Nizoral, Pirolam i Pharmaceris), po czym zaczęłam jeść więcej zdrowych rzeczy, pić więcej wody i brać witaminy, a problem zmalał. Od czasu do czasu posmaruję skórę głowy i włosy olejem kokosowym, raczej nie męczę ich suszarką i prostowaniem, a czeszczę tangle teezerem.

Niestety nie jestem włosomaniaczką (zazdroszę K. z MDCB <3 ), ani nie znalazłam jeszcze kanału na YT z tutorialami, które byłabym w stanie wykonać sama na swoich grubych włosach. Muszę dodać, że jestem takim przypadkiem, że nawet opaska z warkocza mi się nie udaje. Te wszystkie włosowe porażki trochę mnie zniechęciły, dlatego ciągle czuję, że nie wykorzystuję potencjału moich włosów, ale z drugiej strony trochę nie mam do tego cierpliwości. Z awokado wolę zrobić guacamole, a nie maseczkę, a poza tym chyba szkoda mi czasu na te wszystkie domowe zabiegi. Za to bardzo chcialabym umieć zrobić z włosami coś więcej, niż zwykłego warkocza 😉

Dlatego chętnie przyjmę wszystkie rady i sposoby na grube włosy, które zupełnie nie chcą współgrać z ich właścicielką 😀

 
Babskie sprawy

Wino, kobiety i… czekolada

Biochemia dowodzi, że nie ma różnicy pomiędzy miłością a dużą tabliczką czekolady.

Te słowa, to jeden z najbardziej znanych cytatów o czekoladzie. Pochodzi z filmu „Adwokat diabła”, czyli hitu z lat 90-tych z Keanu Reavesem w roli głównej.  Trzeba przyznać, że jest w tym coś słusznego i niekiedy sama już po jednej kostce czekolady czuję się błogo, przyjemnie, miło… Nie wiem, czy to uzależnienie od cukru czy nie, ale wolę wierzyć, że to uczucie, to po prostu głęboka miłość. Z wzajemnością 😉

Jesienno-zimowy okres, to czas w którym staram się chwytać momenty małych przyjemności. Zimą, gdy wybieram się na długi spacer nad morzem, to mózg automatycznie podpowiada mi, że po spacerze będę miała ochotę na kubek gorącej czekolady. Albo lepiej – czekoladę, ciepły koc i dobry film. Takie połączenie brzmi jak kumulacja przyjemności, prawda? Jednak nie zawsze może być tak kolorowo. Na co dzień przecież nie mamy dla siebie zbyt wiele czasu, żyjemy w biegu i niekiedy musimy wręcz rozciągać dobę, żeby znaleźć chwilę na jakąkolwiek przyjemność. Wiem jednak, że nawet godzina, w której będziemy egoistkami może zdziałać cuda. Umówmy się więc – jeszcze w tym tygodniu wygospodarujesz dla siebie dwie godziny (jak szaleć, to szaleć!), wybierzesz ulubiony film albo serial, zaplanujesz wizytę u kosmetyczki lub może umówisz się na zakupy z koleżanką? Wybierz coś, co zazwyczaj sprawia Ci przyjemność i po prostu to zrób. Nie czekaj na dobry moment, bo zanim się obejrzysz, a przyjdzie zima, a Twoje endorfiny będą na wyczerpaniu.

Gdybyś miała ochotę zdecydować się na moją ulubioną opcję (czekolada, koc, film), to przygotowałam dla Ciebie 5 filmów, w których główne bohaterki uwielbiają czekoladę.


JULIE&JULIA

Na pierwszym miejscu postawiłam moją kulinarną królową, czyli już wyżej wspomnianą Julię Child. Jej życiowa filozofia i podejście do sprawiania sobie przyjemności jest mi bardzo bliskie. Julia nie przejmowała się figurą, ilością masła, ani zjedzonymi kawałkami tortu czekoladowego. Wyciągała z życia ile tylko się da.

untitled-design-98


 SEKS W WIELKIM MIEŚCIE

Z pewnością nie muszę nikomu przedstawiać Carrie Bradshaw, czyli kultowej felietonistki fikcyjnego magazynu New York Star z serialu „Seks w wielkim mieście”. Co jak co, ale Carrie mimo swojej nienagannej figury uwielbiała słodycze. Przypomnijcie sobie choćby scenę z babeczkami z Magnolia Bakery, które zjadała razem z Mirandą. Carrie wiedziała, że sekretem sukcesu jest sprawianie sobie małych przyjemności. Babeczka z kremem z pewnością do przyjemności należy.

collage


ŚNIADANIE U TIFFANY’EGO

Holly Golightly nawet jedząc bułkę z czekoladą (dokładniej to francuskie Pain au chocolat) wygląda jak milion dolarów. Dosłownie! Na pewno pamiętacie scenę, w której Holly stoi na przeciwko witryny sklepu jubilerskiego Tiffany. Ma na sobie piękne i błyszczące kolie, w jednej dłoni trzyma kawę, a w drugiej ciastko. Ciastko z czekoladą na śniadanie? Ten pomysł pasuje idealnie dla mnie!

collage1


PRETTY WOMAN

Truskawki z szampanem, tak jak te oblane czekoladą kiedyś wydawały mi się banałem. Jednak z czasem odkryłam, że to połączenie naprawdę ma sens i to właśnie ta prostota składników najbardziej wydobywa ich smak. Pamiętasz Vivian Ward, czyli słynną „Pretty woman”? Ona też na początku była zdziwiona smakiem truskawek i szampana. Podobnie jak ja, gdy pierwszy raz próbowałam truskawek w czekoladzie. Teraz gdy myślę o wykwintnej przyjemności, to właśnie truskawki w czekoladzie są jedną z nich. Ale „Pretty woman” warto obejrzeć nie tylko dla tych pysznych truskawek, ale przede wszystkim dlatego, że jest to jeden z najmilszych gatunków filmowych – komedia romantyczna, oczywiście ze szczęśliwym zakończeniem 🙂


CZEKOLADA

Na ostatnim miejscu umieściłam Czekoladową Królową – Vianne Rocher z filmu „Czekolada”. Vianne obchodzi się z czekoladą, jak z czymś wyjątkowym i mistycznym. Ona zachowuje się trochę jak taka szamanka, która potrafi czekoladą hipnotyzować, uwodzić, a nawet leczyć. W filmie czekoladowe kadry wprost nie mają końca, a mimo tego przesytu, oglądając go ciężko nie sięgnąć po coś słodkiego.


Przyznaję, że mi również jest ciężko oprzeć się czekoladzie. Szczególnie, gdy mogę ją zjeść w innej formie, niż w tej najprostszej czyli w formie tabliczki. Uwielbiam musy, puddingi, ciastka czekoladowe, z których wypływa czekolada. I wszystko to, co mnie zaskakuje smakiem, zapachem czy wyglądem. A już najbardziej lubię czekoladę w kremowej i gładkiej formie, dokładnie takiej, jaką stworzyła marka Müller w swojej nowej linii deserów Müller de Luxe. Mogłabym powiedzieć, że jestem stracona, ale właściwie to odkryłam swojego złotego Gralla wśród deserów. I z pewnością zadowoli on nie tylko mnie, bo według badania, które przygotowała marka Müller, prawie 39% kobiet przyjemność kojarzy właśnie ze słodyczami.

Deserów spróbowałam i co mogę o nich powiedzieć? Hipnotyzują jak trufle Vienne 🙂 Są kremowe, z dodatkiem prawdziwej czekolady i jedwabiste w smaku. W tym momencie dostępne są trzy smaki: czekolada, orzech laskowy i pistacja. Wszystkie jakby idealnie uszyte pod tę porę roku, a sama nazwa brzmi niesamowicie smacznie: Crème au Chocolat – mniam! No i rozwiązałam swój odwieczny problem odnośnie tego, co zjem słodkiego, gdy będę miała ochotę na chwilę przyjemności. Pozostało tylko jedno pytanie, co wybrać: grę czy film?

Chciałabym, żebyście Wy też mogli spróbować deserów, więc razem z marką Muller przygotowałam dla Was niespodziankę. Grudzień jest dla mnie miesiącem przyjemności. Ma ten swój niepowtarzalny klimat. Może to ze względu na Święta, a może przez to, że tak dużo czasu spędza się pod ciepłym kocem. Wiem na pewno, że zimą ten relaks jest zupełnie inny, niż latem i z przyjemnością wykorzystuje te chwile, które mogę przeznaczyć tylko dla siebie. A zatem jeśli:

A) Uwielbiasz czekoladę

B) Lubisz w ciągu dnia stworzyć moment tylko dla siebie

C) Masz ochotę spróbować deserów ‎Müller (bardzo polecam smak czekoladowy)

to weź udział w konkursie! Napisz w komentarzu jaki jest Twój sposób na odpoczynek sam na sam. Może wieczór z książką pod kocem? A może gorąca kąpiel z dużą ilością piany?

Nagrody:

 

3 x mega zestawy deserów Crème au Chocolat z linii Müller de Luxe

3 x zestawy czekoladowych kosmetyków

Czekam na Wasze odpowiedzi do 29.12.2016. Listę zwycięzców ogłoszę 3.01.2017 r. W konkursie wygrywają 3 osoby. 


W konkursie wygrywają: Wiktoria, Iza Kierzek oraz Joanna Maciejewska. Bardzo proszę o kontakt na maila (hello@paulinawnuk.com), a w mailu proszę o Wasze adresy i numery telefonu dla kuriera 🙂 Na dane czekam do 06.01.2017, po tym terminie nagrody trafiają do kolejnych osób, do których napiszę maila.

 
Babskie sprawy/ Lifestyle/ Rozwój/ Zdrowie

#BijonsChallenge – dołącz do Fight Clubu i podejmij wyzwanie!

Wyzwania mają to do siebie, że zaczynamy je z wielką energią, a najczęściej nie kończymy wcale. Nie chcę stawiać celów, które będą wyolbrzymione, ponad nasze możliwości i przede wszystkim chęci. Żadne wyzwania nigdy mnie nie ruszały. 100 dni do bycia fit? Nigdy nie czułam, że jestem i mogę być fit. Chciałabym raczej znaleźć złoty środek między tym kim jestem, a kim chciałabym być.  Niech to wyzwanie będzie raczej tłem i czymś co pozwoli Ci dokumentować zmiany, na które sama się zdecydujesz. Plan jest taki: robisz rachunek sumienia, ustalasz swoje cele, szukasz przeszkód, starasz się je wyeliminować, a potem działasz – i tak będziemy pracować podczas tego wyzwania.

Dokładnie za 103 dni będzie wiosna. To moja ulubiona pora roku i myślę, że warto przez zimę pocisnąć i zatroszczyć się o  siebie, żeby wiosną poczuć się jeszcze lepiej. Nie obiecam Ci, że po tych stu dniach będziesz szczupła. Nie obiecam Ci, że już na zawsze odrzucisz kanapki z pasztetem. Nie obiecam Ci nawet, że zmieścisz się w stare dżinsy dwa rozmiary mniejsze, ani również nie mogę zapewnić Cię, że Twoje ciało będzie takie jak sobie wymarzysz.

Nie mogę przekonać Cię, że warto zacząć dbać o swoje zdrowie. Musisz się o tym przekonać sama i sama musisz zdecydować czy chcesz teraz coś zmienić w swoim życiu, czy ono jest dla Ciebie dobre takie jakie jest. To Twoja sprawa, Twoje ciało, Ty decydujesz.

W moim życiu przyszedł moment, że przestałam się oszukiwać. Przestałam mówić sobie, że skoro jestem zdrowa teraz, to będę już zawsze. Nasze ciało i organizm nie jest stworzony do tego, żeby nosić za dużo kilogramów. Otyłość prędzej czy później pokaże co potrafi narobić. I nawet jeśli teraz mimo otyłości jesteś zdrowa, to za 5, 10, 15 lat może być całkiem inaczej. Nie musi, to jasne. Możesz żyć długo i szczęśliwie będąc otyła, ale czy na pewno tego chcesz?

Nie znam nikogo, kto kiedykolwiek szczerze powiedział – chcę, pragnę, marzę o tym, aby być gruba. `Nie. Nikt nie chce być gruby.

15403259_1378758422142763_1966372017_n

To tylko kilka kilogramów różnicy, ale jak widać – odzyskałam twarz 😉

Można siebie lubić, można siebie akceptować, można też siebie tolerować i przyjmować życie takie jakie jest, ale ciężko dyskutować z faktami. Bóle pleców, opuchnięte nogi, obtarte uda, nadmierne pocenie się, trudności z poruszaniem się, zadyszka, słaba kondycja – nikt tego nie chce, a to tylko część fizycznych dolegliwości. To co dzieje się w głowie jest czasami jeszcze gorsze.

Wiem, że nie każdy ma tyle chęci, siły czy nawet potrzeby, żeby zmieniać cokolwiek. Wyjście ze strefy komfortu jest mega trudne. Ale wiesz, że warto? Zmiana swojego życia jest skomplikowana, bo wymaga od nas wiele. Co mogę powiedzieć o tym ze swojego doświadczenia? Jest cholernie ciężko przestawić swoje życie. Ciężko zacząć jeść inaczej, niż na co dzień, ciężko zacząć regularnie ćwiczyć, najciężej przestawić swoje myślenie i odrzucić głupie wymówki. To właśnie od głowy powinno się wszystko zacząć. Spróbujesz?

bijons53

Jeśli tak, to zapraszam Cię do FIGHT CLUBU, czyli grupy I wish I was Beyonce. Tam, codziennie przez kolejne 103 dni będę publikowała zadania, które pomogą (a może nie) mi i Tobie ogarnąć się trochę, zmienić myślenie, ruszyć się, polubić, aktywność fizyczną, zdrowe gotowanie. Całe wyzwanie będzie podzielone na 10 części po 10 dni – po każdych 10 dniach zrobię podsumowanie – nie tylko swoje, ale także uczestniczek, bo chcę, żeby to była nasza wspólna praca i wspólny sukces. Oficjalny hasztag wyzwania to #BijonsChallenge – pamiętaj żeby dodawać go do zdjęć na Instagramie, żebym mogła je znaleźć, zobaczyć jak Ci idzie i dać wirtualnego kopa!

I może w tym wszystkim nawet uda nam się schudnąć/przytyć/wyrzeźbić mięśnie? Kto wie… 😉 Na grupie nie ma dietetycznych faszystów, nikt nie okrzyczy Cię, że zjadłaś burgera, ani nikt nie powie Ci, że musisz dziś poćwiczyć, bo jak nie to matka boska Chodakowska będzie zła. Zasada jest jedna: staramy się i próbujemy wdrożyć zasady zdrowszego życia. Nawet jeśli co tydzień trzeba zaczynać na nowo. To co, dołączysz? 🙂

 bijons_tabelka

Tabelka przyda się trzeciego dnia i przez kolejne tygodnie, więc możesz ją pobrać  i wydrukować już teraz.

CZEKAM NA CIEBIE NA GRUPIE! GO GIRL!

tumblr_nvb64istgn1qi23pgo1_500

 
Babskie sprawy/ Lifestyle/ Sport/ Zdrowie

Halo świecie, jestem na diecie! (od miesiąca)

Od zawsze powtarzam, że to mój wewnętrzny pech, czarny kot przebiegający mi drogę i te lusterko zbite kilka lat temu. Może jeszcze fatum i przekleństwo jakieś – to wszystko powoduje moje nieszczęścia. Wszystko co powiem na głos, każdy największy plan upada, gdy tylko podzielę się nim ze światem. I zawsze tak sobie tłumaczyłam moje dietetyczne porażki, to że na diecie potrafiłam wytrzymać tydzień, no góra dwa i kończyłam niepowodzeniem. Z łyżką w słoiku nutelli i ręką w paczce czipsów…

…na kilka miesięcy, po których miałam kolejny zryw, że oto ja, Paulina Wnuk, uroczyście oświadczam, że teraz będę odchudzać się tak na serio. SERIO, SERIO. Biorę się w garść, dietka, wszystko fit, hasztagi #healthyeating na Instagramie, nowe dresy, nastawienie, wizualizacja, że już zaraz będę mogła pokazać przed i po i wszystkim opadną szczęki.

0b1c5813d4443332a34fde2aa17c14dc_original

No ale nie. Góra dwa tygodnie i przychodzi kryzys. Czipsy, pizza, dwa drinki. A nie, dwa to za mało, jeszcze dwa. Czekolada w promocji? Żal nie skorzystać. Ptasie mleczko? Dawno nie jadłam, zjem rządek, albo pięterko. Dieta? Jaka dieta? Po co mi dieta? Przecież jestem fajna, ładna, lubię siebie, inni mnie lubią, na co mi ta dieta?

pizza

fdfsdf

Nie tędy droga

Ostatni zryw miałam ponad rok temu. Wtedy napisałam na blogu, że będę się odchudzać, zrobiłam podsumowanie dwóch tygodni, założyłam grupę motywacyjną (pozdrawiam moje Duperki z grupy! :* ). Naprawdę myślałam, że może mi się udać, ale poddałam się. Nie walczyłam. Po prostu wzruszyłam ramionami i stwierdziłam – no trudno, już nigdy nie schudnę i do końca życia będę smutną grubaską z buzią brudną od nutelli.

W grudniu zachorował Tymek, a to przeorganizowało nam trochę życie i jedzenie, choć też nie całkiem. Już pod koniec grudnia wiedziałam, że w styczniu chcę zrobić Detoks Cukrowy. Od dłuższego czasu byłam na grupie Czystożerców i nawet nie chodziło mi wtedy o schudnięcie, a o uregulowanie się, o odstawienie śmieciowego jedzenia i wywalenia cukru. Wtedy udało mi się przez 21 dni utrzymać założenia detoksu. Poczułam się super. Potem to zawaliłam, bo znowu rzuciłam się na pizze, słodycze i inne, ale jednak trochę zostało mi w głowie i wiedziałam już więcej na temat tego co mi szkodzi i bez czego czuję się lepiej.

Zaczęłam też trochę biegać, w sumie to maszerować i biegać. Nie traktowałam tego poważnie, raczej chciałam dzięki temu poprawić trochę kondycję, nabrać więcej energii, poczuć się lepiej. Dalej bez żadnej diety i ciśnienia.

W czerwcu przebadałam się od A do Z, zaczęłam nową dietę, która niestety zupełnie mi nie podpasowała, a że był wakacje, to już odpuściłam do końca sierpnia, a we wrześniu stwierdziłam, że teraz to ja już mam dosyć eksperymentów i pójdę do specjalisty.

tumblr_inline_mi162nuqzx1qz4rgp

I tak trafiłam do Przemysława Kozaka (którego większość zna z ksywki Koniu151) już od dawna obserwowałam na FB, a od mojego chłopaka, Karola,  dowiedziałam się, że to kozak nie tylko z nazwiska, więc stwierdziłam – spróbujmy.

Karol wie, jaka jestem marudna. Byłam już na wielu dietach i nigdy nie było tak, żeby wszystko mi pasowało. W zasadzie to każda z diet zawsze nie pasowała mi tak w około 60-70%. Dietą od Konia byłam zachwycona, bo była naprawdę DOPASOWANA. Nie wciskał mi owsianek, omletów z wheyem, obrzydliwych shake’ów i stosu suplementów. Poprosiłam o takie przepisy, które nie zajmą mi dużo czasu, które będę mogła powtarzać dwa dni pod rząd no i z tych produktów, które lubię. I żeby to były normalne posiłki, nie żadne cuda na kiju. I wszystko, zgodnie z moją prośbą, było takie normalne, jakbym wcale nie była na diecie, a niektórych posiłków to wręcz nie możemy się z Karolem doczekać (bo oboje jesteśmy na tej samej diecie, z innymi ilościami). Pierwszy dietetyk-trener, który naprawdę ogarnia, jest na bieżąco, nie wciska kitów, nie jest szalonym fitnesiakiem i ma normalne podejście.

giphy

Zawsze mi się wydawało, że dieta to musi być taka super wypasiona, co tydzień inny zestaw posiłków, zupki, owsianki, budynie jaglane i inne super hipsterskie rzeczy, ale podświadomie miałam już dosyć komplikacji, trudnych przepisów, przez które spędzałam przy garach cały dzień. I to tylko po to, żeby zjeść tego fikuśnego liścia sałaty z grillowaną piersią indyka w glazurze z powietrza. I tak 5 razy dziennie.

Teraz jem 3 razy dziennie i mam wszystko w nosie. Zdarzają mi się słabsze dni, gdy nie chce mi się pójść na trening, czy gdy mam ochotę zjeść coś czego nie powinnam. Ale mówię sobie, no trudno, zdarzyło się. Nie padam na kolana, nie płaczę, że to już koniec. Zawaliłam, ale lecę dalej.  Jestem zaangażowana, bo chcę schudnąć, czuć się lepiej. A przede wszystkim, nie chcę za 20 lat trafić na oddział diabetologii, albo skończyć z zawałem. Bo otyłość to choroba, a choroby się leczy.

A więc leczę się już od miesiąca. Jest nieźle.


 Zobacz też:


Klasycznie – zapraszam na grupę wszystkich, którzy potrzebują dawki motywacji, kopniaków i pomysłów na to jak ruszyć tyłek.

hey-holets-go-1

 
Babskie sprawy/ Lifestyle/ Zdrowie

Before and after – szybka droga do bycia wielorybem

Codziennie, no dobra, może nie codziennie przed snem przeglądam Instagram i oglądam co kryje się pod hasztagami #beforeandafter #weightlosstransformation i kilka innych tego typu. Oglądam, przecieram oczy, uśmiecham się i… nie widzę siebie takiej. Nie umiem zwizualizować sobie jak mogłabym wyglądać, gdybym była szczuplejsza. A przecież ja nie zawsze byłam tak gruba, serio.

Dlatego chciałam Wam dziś pokazać moje własne #BeforeAndAfter i #WeightGainTransformation. Jak to zrobiłam? Jak zamieniłam się w małej wielkości słonika?

c_z5er

 

Żarłam oczywiście, no bo jak inaczej? Jak widać na powyższym gifie, który powstał ze zdjęć z 2010 roku, radośnie zjadam bułeczkę, otwierając sobie tym samym drogę do królestwa zagłady, zwanym inaczej nadwagą i otyłością. Nigdy nie byłam chuda czy szczupła, ale miałam przynajmniej bardziej ludzki kształt, niż teraz. A wtedy mi się wydawało, że jestem taka gruba i o matko bosko, gorzej już być nie może. Nie może? Tak sądzisz? No to ja Ci pokażę – tak zdaje się pomyślał mój organizm i postanowił sprawdzić moje możliwości. Przysięgam, nawet nie wiem kiedy to się stało.

Chciałabym być tak gruba jak wtedy, gdy pierwszy raz pomyślałam, że jestem gruba.

 

gif_hate_rmonings

I teraz, gdy tak sobie siedzę nad sałatką i marzę, aby okazało się, że smakuje jak masło orzechowe, kurczak w panierce i czekolada, to myślę, że decyzja o diecie była jedną z lepszych życiowych wyborów. Oczywiście, helou, to dopiero trzeci tydzień i jeszcze wszystko może się zdarzyć. Może rzucę wszystko i postanowię otworzyć fabrykę czekolady, a potem do końca życia pozostanę smutną grubaską kąpiącą się w nutelli, ale jednak mam szczerą nadzieję, że nie.

Znalazłam nawet dziś w internecie, w sklepie o bardzo psychologicznej nazwie – GuiltFree, masło orzechowe zero kalorii. ZERO. I już wyobrażałam sobie jak otwieram je, a w moje nozdrza wpada piękny zapach soczystych i tłustych orzechów. I jak zjadam cały słoik, zgodnie z nazwą sklepu, bez grama poczucia winy, a potem… przeczytałam skład tego masła i mi się odechciało. Czaicie, że coś co ktoś nazwał MASŁEM ORZECHOWYM nie ma w sobie nawet grama orzechów, a jedynie ich aromat?

supplements-for-weight-loss-gif-5

Wydałam sobie diagnozę – jestem uzależniona. Od cukru, od tłuszczu, od smaków i zapachów. Miewam chwile obsesyjnego myślenia o jedzeniu i odliczam czas do momentów, gdy będę mogła zjeść coś poza dietą. Coś zakazanego, tłustego, słodkiego. Moment, w którym czekolada rozpuszcza się w ustach, jest momentem wytchnienia, relaksu, odpoczynku, który zaraz potem zamienia się w wyrzuty sumienia i każe obwiniać się w głowie – nie mogłaś się powstrzymać? I po co Ci to było? Warto było dla kawałka czekolady złamać swoje przyrzeczenia? Potajemne wpieprzanie słodyczy nie jest dobrym sposobem na stres. Jedzenie powinno być czystą przyjemnością, a nie czynnością, która powoduje dyskomfort psychiczny i fizyczny. Nie ważne, czy jest to fit sałatka czy kawałek sernika – trzeba jeść to co się lubi. Słowo klucz, to UMIAR. Dwie godziny na siłowni nie dają mi przepustki na zeżarcie całego opakowania ptasiego mleczka. Od dwóch tygodni staram się o tym pamiętać i być dla siebie surowa i dobra jednocześnie. Jutro z okazji rodzinnej uroczystości robię cheat day. Przez moją głowę przebiegła już myśl, że będę jak Kopciuszek – nie opuszczę koryta do północy. Ale nie, nie chcę i nie mogę przegiąć.

collage

Kiedyś byłam trochę smuklejsza i nosiłam na rękach mojego syna, potem jak widzicie przerzuciłam się na noszenie na rękach ciast i wyszło jak wyszło. Tymczasem, mówię Wam dobranoc i idę obejrzeć Jamiego Dornana w nowym sezonie The Fall – ciastko bez kalorii.


Klasycznie – zapraszam na grupę wszystkich, którzy potrzebują dawki motywacji, kopniaków i pomysłów na to jak ruszyć tyłek.

hey-holets-go-1

 
Babskie sprawy/ Lifestyle/ Sport/ Zdrowie

Odchudzanie w wersji beta (testy trwają)

Od dwóch tygodni jestem testerką siebie i swojej wytrzymałości. Tak, jestem na diecie. Znowu. Nie jest to żadną rewelacją, a kto jest na mojej fejsbukowej grupie, ten wie, że ja przecież odchudzam się cały czas (z przerwami na jedzenie). Pomyślałam sobie jednak, że idzie jesień i już coraz trudniej ruszyć tyłek, lato minęło, a ja znowu nie w formie, więc lepiej się do aktualnego odchudzania przyłożyć.

tumblr_monfp0b76p1su7sauo1_500

Wiem, wiem, że to już kolejny raz, a z każdym kolejnym razem jest coraz trudniej, ale powiedzmy, że postanowiłam podejść do siebie na luzie, dzięki temu przeżyłam ostatnie dwa tygodnie całkiem bezboleśnie i choć nie obyło się bez kilku maleńkich czitów, to cały ten czas oceniam na plus dla siebie.

Postanowiłam pocisnąć, bo o ile kocham siebie miłością absolutną, to mam też w sobie dużo krytyki. Wiem, kiedy muszę powiedzieć stop, zamknąć lodówkę na cztery spusty i wywiesić swoją podobiznę w okolicznych sklepach z podpisem – tej pani słodyczy nie sprzedajemy.

Od jakiegoś czasu usilnie próbuję znaleźć swoje dawne rysy twarzy, bezskutecznie, gdyż moja twarz bardziej przypomina purchawkę, aniżeli lico. Nie wspominając o dupie, która mieści się jedynie w ciuchy uszyte z plandeki na samochód. Mogę sobie pogratulować tego osiągnięcia, ale jak to mówią: widziały gały co brały (a raczej co żarły).

2006-09-07_1157631230kkk

Pan Jan Tomczak z Kijewa prezentuje purchawkę-giganta nazwaną moim imieniem. Jestem wzruszona. / fot. Konrad Wojtyła

Nie ma niczego, na co mogłabym zrzucić winę za swoją wagę.

  • zbadałam swoją tarczycę od A do Z
  • zbadałam siebie całą od A do Z
  • już nie mogę mówić: przytyłam po ciąży! (to był mój ulubiony argument, ale minęło od niej ponad 7 lat)
  • nie mam żadnych hormonalnych problemów
  • nie mam też grubych kości

Niestety, jestem po prostu gruba. W zasadzie to otyła, a otyłość jak wiemy nie jest czymś naturalnym i prowadzi do wielu chorób m.in. cukrzycy typu 2, chorób układu krążenia, niektórych nowotworów i innych cholerstw. Przede wszystkim jednak, otyłość prowadzi do wieczornych płaczów w poduszkę, wyrzutów sumienia po jedzeniu, złego samopoczucia i ogólnego rozbicia. Czy chwilowa przyjemność z żarcia jest tego warta? Fuck no. Czy chudnięcie jest prostym procesem? Nie.

no

Po przetestowaniu chyba wszystkich możliwych sposobów na odchudzanie, od natur house zaczynając, na magicznych chińskich tabletkach kończąc, stwierdziłam, że muszę oddać się w ręce niekwestionowanego specjalisty (kim jest owy specjalista i co to właściwie oznacza napiszę później). Mam za sobą tyle diet i odchudzającego doświadczenia, że już oczywiście nie dam sobie wcisnąć kitu w stylu: nie jedz po 18, kupuj tylko produkty light itd, a nawet mam wrażenie, że mogłabym założyć swój fanpejdż Paulina Wnuk Personal Trainer and Diet Coach, bo doradzanie innym szło mi lepiej, niż stosowanie się do własnych wszystkich porad.

Co ma być (mam schudnąć), to będzie. Tak czuję! Tak więc spodziewajcie się tony motywacyjno-żalących wpisów. Będzie o czitach, słabościach, mocy, treningach, grubej dupie, jedzeniu zajebistym i mniej dobrym. Będę przelewać tu hektolitry potu i tłuszczu.

No to heja!

go


Klasycznie – zapraszam na grupę wszystkich, którzy potrzebują dawki motywacji, kopniaków i pomysłów na to jak ruszyć tyłek.

hey-holets-go-1

 
Babskie sprawy/ Osobliwości

Niepraktyczny poradnik #1 – Jak zostać wiedźmą?

Czujesz, że jesteś inna, niż inni, a nawet inniejsza od tych najinniejszych? Cytując klasyka: „Nie byłabym sobą, gdy byłabym inna” – to o Tobie? Czytaj dalej. Ten tekst jest właśnie dla Ciebie.

img_2733

Wydaje Ci się, że przyciągasz myślami wydarzenia lub osoby? Najwięcej siły i energii masz w czasie pełni księżyca? Czarne koty boją się przebiegać Ci drogę? A może wypowiadanie przez Ciebie życzenia się spełniają? Nie? Nie szkodzi. I tak możesz zostać wiedźmą. W tym wpisie znajdziesz 6 cennych porad dotyczących tego jak odnaleźć oraz jak pielęgnować swoją wewnętrzną wiedźmę. Zewnętrzną również (choć niektórzy nie muszą, powiedzmy, że ten dar mają już w sobie).


Po pierwsze: przesądy i zabobony

tumblr_static_tumblr_static__640

Jeśli chcesz być profesjonalną wiedźmą powinnaś nauczyć się na pamięć wszystkich popularnych przesądów. Każda szanująca się wiedźma musi wiedzieć, że przejście pod drabiną przynosi pecha, a żeby go odwrócić trzeba trzy razy splunąć przez lewe ramię. Warto też pamiętać o takich klasykach jak: czarny kot przebiegający drogę, rozsypana sól, rozlany atrament, czy znalezienie na drodze kawałka węgla.


Po drugie: zaklęcia

giphy-1

Nie mam tu na myśli „czary mary, hokus pokus, twoja stara to ford fokus”. Zaklęcia przemieniające powinny być pierwszymi, których się nauczysz. Jako wiedźmy, powinniśmy mocno ukrywać swoje prawdziwe „ja”. Jak już ktoś się dowie, że jesteś wiedźmą, to nie da Ci spokoju, serio. Ciągle będziesz słyszała od koleżanek – „a nie mogłabyś na tego mojego Janusza rzucić jakiegoś uroku? Albo chociaż małego czaru, no weź, stara. Przywiozę Ci z lasu świeże żaby, nie daj się prosić. ” Właśnie dlatego powinniśmy dbać o swoją anonimowość. Najlepsza mikstura to – podkład + puder + cień do powiek + tusz do rzęs. Dla bezpieczeństwa jeszcze trochę różu. I to powinno wystarczyć.


Po trzecie: nauka

collage

Poznaj inne wiedźmy. Na początek w teorii. Obejrzyj kilka filmów dokumentalnych o wiedźmach, spisz notatki i wyciągnij wnioski. Pozycje, które polecam na początek to: Totalna magia, Szkoła Czarownic oraz Czarownice z Salem. Każdy z nich jest oparty na faktach, autentycznych oczywiście.


Po czwarte: odwary, napary i inne napoje

Untitled design (38)

Wiedźma powinna codziennie, lub przynajmniej dość często spożywać specjalne specyfiki, które utrzymają ją w dobrym zdrowiu i nastroju. W tej kwestii panuje dowolność. Wiedźmy specjalizujące się w zielarstwie z pewnością wybiorą nalewki ziołowe, idealne na owrzodziałe żołądki. Z kolei wiedźmy specjalizujące się w urokach najczęściej wybierają napary magiczne o konkretnej specyfikacji. Jeśli chcesz trafić na gorącą plażę z jakimś przystojniakiem wybierz „Sex on the beach”, jeśli zaś trapią Cię bolesne miesiączki, polecam „Bloody Mary”. Ostatecznie możesz wypić też kakao z cynamonem. Kakao nie pomaga na nic, ale jest dobre.


Po piąte: żywioły

tumblr_inline_mxrsu5d2ws1rkg7ly

Bycie wiedźmą, to trochę takie bycie skautem albo harcerzem. Naucz się być w kontakcie z naturą. Poznaj odpowiedzi na takie pytania jak: czemu wilk tak wyje w księżycową noc i dokąd tupta nocą jeż. Pamiętaj daty wszystkich pełni księżyca, naucz się wróżyć z fusów, zapamiętaj jaki kierunek wskazuje mech na drzewach. Od czasu do czasu możesz też pobiegać nago między drzewami. Najlepiej w nocy, bo w dzień grozi to mandatem.


Po szóste: zadbaj o odpowiedni image

untitled-design-72

Wiedźma musi wyglądać. Ciuchy – tylko czarne. Inne kolory, które wchodzą w grę – granat wpadający w czerń, fiolet wpadający w czerń, czerwień wpadająca w czerń. Poza ubraniami potrzebne są też gadżety takie jak czaszka jakiegoś zwierzęcia (w ostateczności może być plastikowa), wianek ze zgniłych kwiatów albo gałęzi, miotła, księga z czarami i torebka, w której będziesz mogła trzymać eliksiry.


Tylko tyle i aż tyle dzieli Cię od bycia prawdziwą wiedźmą. Myślałaś, że to będzie bułka z masłem? Że przelecisz się kilka razy na miotle po dzielnicy i już? Niestety, nie ma lekko! Ale trzymam za Ciebie kciuki – pamiętaj, never give up, sky is the limit i możesz być kim zechcesz!


 Dziękuję mojej zaprzyjaźnionej wiedźmie Uli za użyczenie wizerunku <3

 
Babskie sprawy

Twoja doba naprawdę ma tyle samo godzin, co doba Beyonce

Wkleiłam dziś na swój fanpejdż powyższą grafikę. Tekst o tym, że dzień Beyonce ma tyle samo godzin, co dzień każdego z nas trochę mnie śmieszy, a trochę daje do myślenia.   Czy w ciągu mojego dnia mam do wykorzystania tyle samo godzin co Beyonce? Tak. Czy uważam, że mój dzień faktycznie można porównać do dnia Beyonce? Nie. Czy odbieram ten tekst dosłownie? Nie.

beyonce

Do czego zmierzam… W komentarzach pod tym postem, ku mojemu zdziwieniu pojawiło się kilka opinii, że cooo, przecież Beyonce ma sztab ludzi do pomocy, że to inni robią wiele rzeczy za nią i ogólnie nastąpiło jakieś niezrozumiałe dla mnie spięcie pośladków 😀

Sama Beyonce nie jest dla mnie wielkim wzorem, nie śledzę jej kariery bardzo namiętnie, a piosenek znam kilka. Ale uwielbiam ją, tak po prostu. Jak na nią patrzę, to wygląda mi na fajną, silną babkę. I nie da się ukryć, że Bijons jest mega kozakiem w tym co robi i osiągnęła naprawdę wiele. Czy to wszystko przyszło jej za pstryknięciem palca, a ten pakiet pomocników dostała w wyprawce tuż po urodzeniu? No raczej, że NIE.

tumblr_mxrm40yrYx1qejlczo1_500

Nie mogę tłumaczyć się za Beyonce, nie wiem jak dokładnie spędza dzień, ale sądzę, że raczej się nie opieprza. Bycie muzykiem, to nie jest lekki kawałek chleba. Bycie topową, światową wokalistką tym bardziej nie należy do lekkich zajęć. Kilka razy miałam okazje nagrywać coś do telewizji i mówię Wam – to nie jest bułka z masłem. Co z tego, że Cię pomalują i uczeszą. Ba! Nawet ubiorą jak trzeba i podadzą wody. Całą pracę musisz wykonać Ty. Tak samo Bijons – nikt za nią nie śpiewa, nie uczy się choreografii, ani nikt za nią nie zrobi tras koncertowych. No ale przecież ona nie robi tego sama. Wiadomo, że nie. Ma ludzi do pomocy, którym płaci za to, żeby jej pomagali. Stać ją, bo osiągnęła coś dużym nakładem pracy. Jej doba też ma 24 godziny, tak jak Twoja. I moja.

Oczywiście to czym zajmuje się Beyonce, ma inną skalę, niż to co robię ja, Ty, czy Pani Krysia ze spożywczaka, ale każdy powinien robić to co lubi i w miarę możliwości dawać z siebie wszystko. Sukces może być różny, mniejszy czy większy. Ambicje i możliwości również. Jednak mam wrażenie, że bez inspiracji nie da rady. Bierz przykład od większych i dawaj przykład mniejszym. I nie narzekaj, że nie stoi za Tobą sztab pomocników. Bądź dumna, że potrafisz ogarnąć wszystko sama 🙂

giphy (1)

Przykładu super babek, które świetnie ogarniają sobie życie i pracę nie trzeba daleko szukać. Na pewno masz takie w swoim otoczeniu. Ja mam koło siebie mnóstwo takich kobiet – Kasia Depa, założycielka I COAL YOU (samodzielnie projektuje i tworzy unikatową biżuterię z węgla), Monika Kamińska (wymarzyła sobie idealną sukienkę i stworzyła ją, a teraz tworzy też dla innych kobiet), Kasia Pihan i Jola Gertner (twórczynie PLUS ME PROJECT, organizatorki największych targów dla branży plus size) Patrycja Bronk (zawsze chciała projektować ubrania dla dzieci, i co? Stworzyła markę Pralines i zrobiła to), Monika Pryśko i Basia Szmydt (założycieli Zrób to, no – organizują warsztaty, szkolenia, piszą bloga i MOTYWUJĄ). To tylko kilka przykładów. Takich kobiet jest więcej. I one wszystkie robią mega robotę. Te wymienione znam osobiście i wiem jak wiele poświęcają swoim pasjom i pracy. Nie wszystko przychodzi lekko, ale ich doba też nie jest z gumy. Czasami trzeba spiąć pośladki i po prostu ruszyć. Wiem, że 24 godziny, to czasami bardzo niewiele. Kiedyś trzeba spać, jeść, odpocząć, zrobić coś dla siebie. Ja nie jestem dobra w organizowaniu swojego czasu. Pewnie, gdybym go tak nie marnowała, to może byłabym już zapraszana na rozdanie Oscarów jako specjalistka od filmowego jedzenia 😀 Ale zawsze jak mi się nie chce, to patrzę na tych, którym się chce. I wtedy spinam pośladki i biorę się do roboty. Czasami opadam z sił, a czasami ogarniam dalej. Ale zawsze, tak jak Bijons, mam koło siebie sztab. Sztab przyjaciół 🙂

Jeśli znasz kogoś, kto jest taką Bijons, badassem i wymiataczem w swojej dziedzinie, to napisz albo zadzwoń do niej. Pochwal ją. Powiedz jej, że jest super. A najlepiej też napisz o niej w komentarzu, niech inni się dowiedzą 🙂 Nie ważne czy to ta Pani Krysia ze spożywczego, która zawsze odkłada dla Ciebie najładniejszą drożdżówkę, czy może Twoja babcia, która robi najlepsze ogórki kiszone, a może Twoja przyjaciółka, która robi Ci super makeup. Napisz o niej!

 
Babskie sprawy

Z okazji Dnia Kobiet…

Kobiety nieustannie kojarzyły mi się z brakiem porozumienia, toksycznością i zazdrością. Gdziekolwiek nie pracowałam, zawsze lepiej pracowało mi się z mężczyznami i wydawało mi się, że wszędzie tam, gdzie są kobiety, prędzej czy później pojawią się plotki, fochy czy inne problemy.

Cała ta „solidarność jajników”, do pewnego czasu, była dla mnie tylko pustym frazesem. Kiepsko dogadywałam się z kobietami. Owszem, bywały wyjątki, ale nigdy nie udało mi się utrzymać żadnej wieloletniej przyjaźni. Miałam wrażenie, że z facetami jest po prostu łatwiej, a u kobiet rzadko pojawia się taka autentyczna sympatia. Poza tym, co się dzieje, gdy kobiety się posprzeczają? Wojna na lata. A faceci? Pokłócą się, dadzą sobie w mordę, a potem podadzą sobie rękę. Bez najmniejszego żalu.

enhanced-buzz-16404-1382077503-1 (1)

Przez pewien czas byłam bardzo anty babska, aż w końcu zrozumiałam, w czym tkwi problem. On nie leżał w tych innych kobietach, on leżał we mnie. W dzieciństwie ciągle byłam porównywana do innych dzieci. Stale słyszałam – „dlaczego nie możesz być taka jak Kasia/Stasia/Grażynka?” Brak pewności siebie spowodował, że w dorosłym życiu zawsze czułam się jak na wyścigach, wciąż porównywałam się do innych kobiet. Zazdrościłam im urody, inteligencji, figury, talentów – dosłownie wszystkiego. Myślałam, że nigdy nie będę dostatecznie dobra, zwłaszcza, że raczej nie jestem perfekcjonistką. Uświadomienie sobie istoty mojego problemu bardzo pomogło mi się uporać z tym ciągłym uczuciem zazdrości.

387ca35e7dcc2a34d37e2a9ac4abd7ed

I jakoś tak się składało, że na swojej drodze stale spotykałam jakieś wspaniałe kobiety. Wiele z nich wpadało do mojego życia na chwilę, a niektóre zostawały na dłużej. I to właśnie wszystkie te kobiety, które kiedykolwiek spotkałam, wszystkie, które podały mi szczery uścisk dłoni czy obdarowały mnie uśmiechem, wszystkie, które powiedziały mi, że jestem dostatecznie dobra taka jaka jestem, wszystkie, które pokazały mi, że kobieca przyjaźń nie musi być rywalizacją, wszystkie, które przyszły do mnie po radę albo same próbowały mi pomagać, to właśnie one sprawiły, że teraz mogę szczerze powiedzieć – uwielbiam Was, nie zazdroszczę Wam, jestem super i Wy jesteście super. Każda na swój sposób.

tumblr_n61vqjthBp1rcowe4o1_500

Kto inny, jak nie Spice Girls będzie symbolem GIRL POWER?

W końcu zrozumiałam, jak wielka siła tkwi w kobietach i że na świecie jest miejsce dla każdej z nas. Każda z nas ma jakąś super moc. Jedna robi piękną biżuterię, inna fantastyczne zdjęcia, a jeszcze kolejna potrafi najlepiej na świecie wyregulować brwi.  Uświadomiłam sobie, że nie muszę być idealna i że okazywanie słabości nie jest złe. Ważne jest wsparcie, troska i pomoc, którą potrafimy okazywać sobie nawzajem.

Życzę sobie i Wam, moje ukochane kobiety, żebyśmy mimo słabości potrafiły odnaleźć w sobie siłę, żebyśmy na swojej drodze trafiały na same fajne babki, żebyśmy potrafiły zdusić w sobie uczucie zazdrości i nie bały się prosić innych o pomoc. Życzę nam również, żebyśmy częściej mówiły sobie komplementy, żebyśmy potrafiły tak na serio docenić siebie nawzajem. I żebyśmy były silne, znały swoją wartość i nigdy nie stały w cieniu.

tumblr_mdnfgjozkn1qma0wn

nadchodzę!

 
Babskie sprawy/ Dziecko

Jak to jest być młodą matką?

Właśnie, jak to jest? A jak to jest być matką w średnim wieku? A jak to jest w ogóle być matką? Niezależnie od wieku, kochające i troskliwe matki zmagają się z tym samymi sprawami. Wszystkie zmieniamy pieluchy, budzimy się w nocy, głaszczemy i przytulamy nasze piękne dzieci. Wszystkie naklejamy plastry na skaleczone kolana, pomagamy odrabiać lekcje i pieczemy ciasta na kolejne urodziny, które mijają tak szybko. Za szybko.

Urodziłam Tymka dokładnie 7 lat temu. Miałam wtedy 19 lat. Łapałam się jeszcze do grona nastoletnich mam, co z jednej strony było dla mnie ciężkie do przełknięcia, a z drugiej strony było wyzwaniem, z którym wiedziałam, że sobie poradzę.

Wydaje mi się, że w pewnym sensie miałam trochę łatwiejszą sytuację, niż większość nastoletnich matek, bo moje życie już od dawna było „dorosłe”. Nie myślałam o tym w kategoriach „o boże, co teraz będzie, jak ja skończę szkołę i co ze studiami”. Powód był prosty – liceum rzuciłam już ponad rok wcześniej, a co za tym idzie, o studiowaniu nawet nie śniłam.(pisałam o tym we wpisie Co mi w życiu nie wyszło i dlaczego mam to gdzieś)

Moje dorosłe życie niestety nie uchroniło mnie od plotkujących na mój temat koleżanek, od tysiąca „dobrych” rad, krzywych spojrzeń i niesprawiedliwych ocen. I wiem, jak wiele młodych mam spotyka się z pouczająco-potępiającą postawą. I zazwyczaj okazuje się, że wszystko może potoczyć się w dwóch kierunkach. Pierwsze: albo masz wokół siebie ludzi, którzy sprawią, że nie będziesz czuła się gorsza. Drugie: każdy po kolei sprawi, że poczujesz się jak najgorszy człowiek na świecie. Człowiek, który ma przed sobą wizję wzięcia odpowiedzialności za drugiego, małego człowieka. I jak sobie z tym poradzić?

34961_140967909255160_103033_n

 Bycie rodzicem jest cholernie ciężkie, dla każdego bez wyjątku. Nie mówię, że to harówa od rana do wieczora, że to sprzątanie, karmienie i pranie zarzyganych śpiochów. To jest nie ważne. Ważna jest świadomość, że oto przed Tobą jest ktoś kto na Ciebie liczy, ufa i potrzebuje właśnie Ciebie. A Ty możesz, powiedzmy sobie bez ogródek, albo to dźwignąć albo to spierdolić.

Zawsze pojawiają się momenty zwątpienia – a co jeśli nie dam rady, co jeśli zawiodę, jeśli moje słabości będą zbyt silne? Nie mam na to rady. Niektórzy po prostu nie mogą i nie potrafią być dobrymi rodzicami. Miałam przed sobą długą listę błędów moich rodziców, miałam też listę tego co sprawiło, że niektóre wydarzenia z dzieciństwa oglądam w pamięci jakby były jakimś cudownym filmem. Nie jest tego wiele, ale pielęgnuje te wszystkie dobre wspomnienia. Zostały mi tylko one. Co do błędów… Mam wrażenie, że niektóre wydarzenia z dzieciństwa ciągną się za mną, jakby ktoś przyczepił mi coś ciężkiego do nogi. A ja muszę mocno wysilać się, aby ruszyć do przodu z całym tym ciężarem. Ten ciężar przypomina mi o tym czego sama nie powinnam robić i przed czym chcę uchronić Tymka.

Daję mu tyle miłości ile tylko mam w sobie. Staram się, aby czuł, że jest dla mnie najważniejszy. Mówię mu, że jest mądry, rezolutny, wspaniały. Chciałabym, aby nigdy w siebie nie wątpił, tak jak ja wątpiłam wielokrotnie. Każdy, kto kiedykolwiek doświadczył poniżenia ze strony rodziców wie, że tego nie da się wymazać. Utraconą pewność siebie odzyskuje się latami. A czasami wcale nie da się jej odzyskać i już do końca życia trzeba ostatkiem sił próbować wmówić sobie, że jest się coś wartym.

W tym momencie wiem, że mimo tego, że jestem młodą mamą, to daję z siebie wszystko, żeby uszczęśliwić Tymka. Popełniam mnóstwo błędów, które staram się szybko naprawiać. A co jest dla mnie najważniejsze? Poczucie, że Tymek jest szczęśliwy. A wydaje mi się, że jest.

Młoda Mamo, głowa do góry. Będziesz wiedziała co robić.


tymekcmo

Tymek już pracuje na swoją emeryturę 😉 Można kliknąć w zdjęcie.

 

73473_169867523031865_61145_n

Nigdy nie całujcie swoich dzieci w usta publicznie – zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że to niehigieniczne.

 
Babskie sprawy

21 sukienek „na święta” dla kobiet PLUS SIZE

Wiem, że wiele z Was (tych w większych rozmiarach) ma problem ze znalezieniem kreacji na nadchodzące okazje jakimi są Święta i Sylwester. Sama poszukiwałam ostatnio nowej sukienki, kupiłam dwie, z czego jedna okazała się klapą, a druga sukcesem. Ta pierwsza od razu wpadła mi w oko – kolor, krój, była taka urocza, ale jednak okazało się, że zupełnie nie nadaje się do mojej sylwetki (nie mam na myśli rozmiaru) i wzrostu. Za to ta druga pasowała idealnie.

Trochę poszperałam i znalazłam dla Was aż 21 sukienek w rozmiarach od 42 do 62. Wybierałam tylko takie, które sama chętnie bym ubrała, choć do niektórych po prostu nie mam predyspozycji np. wzrostu (chlip, chlip).

Sukienki BEZPIECZNE – to takie, które wydają mi się dość proste, bez udziwnień i są takie niezobowiązujące. Moim zdaniem idealne na Święta. 

1

  1. By Lola – ołówkowa z dzianiny z wstawkami z eko skóry | rozmiary: 42-50
  2. Evans – lekko błyszcząca sukienka z dżerseju | rozmiary: 46-56
  3. Dorothy Perkins Curve – z metalicznym połyskiem | rozmiary: 46-56
  4. Dorothy Perkins Curve – dzianinowa o złotym kolorze | rozmiary: 46-56
  5. Junarose – koktajlowa z koronką | rozmiary: 42-54
  6. Eloquii – biała z dżerseju | rozmiary: 44-54
  7. New Look Inspire – zwiewna z prześwitującymi rękawami | rozmiary: 46-56

Sukienki Z BLASKIEM – takie dobre na imprezę, na przykład sylwestrową. Błysk, cekiny i splendor.

2

  1. Frock and Frill Curve – widziałabym taką w mojej szafie 😉 | rozmiary: 44-54
  2. Dorothy Perkins Curve – podobna do powyższej, ale z innymi rękawami | rozmiary: 46-56
  3. By Lola – cekinowa z baskinką, z nowej kolekcji SHINE | rozmiary: 40-62
  4. Glamorous – mój hit, niestety największy rozmiar to 42 | rozmiary: 34-42
  5. Junarose – koktajlowa z połyskującym dołem | rozmiary: 42-54
  6. Junarose – koktajlowa z ładną koronkową wstawką u góry | rozmiary:42-54
  7. Dorothy Perkins Curve – złoto z koronką | rozmiary: 46-56

Sukienki balowe + kilka różnych. Nie miałam pomysłu jak je zakwalifikować, a wpadły mi w oko. 

3

  1. Junarose – coś innego, niż czerń i granat 😉 | rozmiary: 42-54
  2. Mascara – śliczna koktajlowa z lejącymi rękawami | rozmiary: 34-46
  3. CHC Fashion – klasyczna mała czarna | rozmiary: 42-54
  4. Junarose – dżersejowa z pięknymi rękawami | rozmiary: 42-54
  5. Frock and Frill Curve – beżowa balowa z pięknie zdobioną górą | rozmiary: 44-54
  6. Evans – prosta czarna suknia balowa | rozmiary: 44-56
  7. Little Mistress Curvy – balowa szara, mój hit | rozmiary: 46-52

Któraś z sukienek spodobała się Wam szczególnie?

 
Babskie sprawy/ Lifestyle/ Osobiste/ Życie

Ideał da­ny jest człowieko­wi po to, aby wy­raźnie widział swą niedoskonałość.

Zarzucę teraz banałem, że wiecie, ludzie są różni. Fizycznie i mentalnie. Nie zawsze to co ładne z zewnątrz, w środku również emanuje pięknem. Jak w tym powiedzonku: ‚gówno zawinęło się  w papierek i udaje, że cukierek’. To nie zasada, broń borze. I nawet ciężko mi to w jakąś jedną ramę włożyć, bo staram się przenigdy nie wyłączać mojej tarczy anty-stereotypowej, a jak słyszę takie pierdoły typu „wszystkie grubaski, to sympatyczne laski” (przykład nie ma znaczenia, możesz tam wkleić stereotyp blondynki-idiotki), to wtedy mam ochotę zrobić fatality z Mortal Kombat i wyrwać takiemu osobnikowi serce.

fatality

Nie o stereotypach, a przynajmniej nie dosłownie, chciałam dziś napisać. Czasami mam wrażenie, że są we mnie dwie osobowości. Z jednej strony czuję, jak wychodzi taki mały szyderca. Paskudny gremlin, który lubi kogoś obgadać, poplotkować na brzydkie tematy, powiedzieć coś niemiłego o tym i o tamtym, a z drugiej strony mam później kaca moralnego i wielką ochotę przywalić sobie z liścia. Bo nie jestem zła, a przynajmniej lubię myśleć o sobie jak o dobrym człowieku, ale takim, który popełnia błędy i potrafi w odpowiednim momencie dać sobie kopa.

Mój stan emocjonalny i to wszystko co ostatnio się ze mną dzieje psychicznie kazało mi mocno przewartościować wszystko co jest wokół mnie. Widzę tysiące moich błędów, zachowania, które nie są moje i widzę też „siebie”, chociaż to tak naprawdę nie jestem ja. Nie ta „ja”, którą chcę być.

W każdym razie, dotknął mnie ostatnio, i to nawet dwukrotnie, taki stereotyp „szczęśliwej osoby”. Z jednej strony to ja oceniłam kogoś błędnie, a z drugiej strony to ktoś błędnie ocenił mnie.

Pierwsza sytuacja: Jakiś czas temu napisała do mnie koleżanka. Taka koleżanka, z którą nigdy nie miałam jakiegoś głębszego kontaktu. Jednak z tego co widziałam „na fejsie”, to żyła dobrze. I ABSOLUTNIE nie ma dla mnie żadnego znaczenia jej sytuacja materialna czy życiowa. Po prostu, to co widziałam z zewnątrz, sprawiło, że myślałam o niej, jak o kobiecie spełnionej na każdym poziomie. Co się okazało? Że ma wiele problemów i że z wieloma sobie nie radzi,a przynajmniej jeszcze nie wie jak sobie poradzić. Przez moją głowę nie przebiegł nawet cień myśli, że gdzieś tam jej świat się zawalił. Sądziłam, że jej życie jest idealnie zaprojektowane. Myliłam się jak cholera.

Druga sytuacja: To do mnie napisała jedna z czytelniczek. To była krótka wiadomość, ale bardzo dała mi do myślenia. Napisała, a właściwie to zapytała skąd we mnie tyle radości i szczęścia. Widzi to na moich zdjęciach i chce wiedzieć skąd. Nie mogłam jej odpisać „Spoko, odetchnij, u mnie chujowo”, ale jej pytanie spowodowało, że zaczęłam myśleć o tym, dlaczego tak ochoczo pokazujemy szczęśliwe chwile ze swojego życia, a nie potrafimy równie łatwo napisać czy powiedzieć:  jest mi źle/jestem nieszczęśliwa/mam problemy/mój świat się wali.

Na pewno słyszeliście o młodej modelce z Australii, która postanowiła usunąć prawie wszystkie zdjęcia ze swojego instagramowego konta. Jak sama stwierdziła, miała dosyć kolorowania rzeczywistości. Essena O’Neil pokazywała zdjęcia swojego ciała, kosmetyków, ubrań. Patrząc na nią i na jej zdjęcia można by pomyśleć, że to chodzący ideał, ale jednak okazało się, że granica między prawdziwym życiem, a życiem w internecie zatarła się, a ona w duchu była po prostu bardzo nieszczęśliwą dziewczyną pragnącą społecznej akceptacji.

Obejrzyjcie film, w którym Essena opowiada o tym jak wyglądało jej życie i dlaczego chce opuścić świat social media.

Problem jest taki, że widząc te wszystkie ślicznie wyglądające owsianki, mieszkania a’la Pinterest, smukłe sylwetki i zawsze idealne loki, wiele ludzi po prostu ulega tym złudzeniom i porównuje siebie do zdjęć, do tych nierealnych widoków. Myślimy – wtf, gdzie popełniłam błąd? Patrzysz na swoją stertę naczyń w zlewie, na nieuprasowane ubrania, na męża co siedzi w dresach przed komputerem i na dziecko, które znowu wylało kakao na dywan. Zaraz, zaraz. Jeszcze pozostałaś Ty. Piłaś dziś kawę z fusami, nie latte ze starbucksa. Twój makijaż pozostawia wiele do życzenia i wcale nie masz ochoty przebiec dziś 5 km i przeczytać inteligentną książkę.

Zapewniam Was, że nie wszyscy ludzie są idealni i szczęśliwi. Ja nie jestem. I wcale się tego nie wstydzę. Są dni, gdy nie mam ochoty sprzątać i nawet nie spoglądam w stronę zlewu, żeby sobie nie podnosić ciśnienia. Czasami nie maluję się wcale, a moim komfortowym strojem są wyciągnięte dresy i stara koszulka. Czasami też nie mam ochoty się uśmiechać i po prostu dużo płaczę. Czasami nie mogę zasnąć, bo myślę o wszystkich swoich problemach i o tym co mogłam w życiu zrobić inaczej. Czasami czuję się ze sobą tak źle, że jedynym wyjściem jest przykrycie się kołdrą i niewychodzenie z łóżka przez tydzień.

A czasami czuję, że muszę wziąć się w garść, bo życie to coś więcej, niż ładne obrazki na instagramie. Życie to więcej, niż smukłe uda i jędrne piersi. Życie to więcej, niż idealnie ułożone włosy i duża zawartość portfela. Spróbuj spojrzeć w lustro i powiedzieć: „Popełniam błędy, nie jestem idealna/y, ale pracuję nad sobą”. Nie warto gonić za byciem NAJLEPSZYM. We wszystkim trzeba odnaleźć balans. I w byciu najlepszym i w byciu najgorszym.

Nie bójcie się być nieidealni.  Bądźcie tacy, jacy chcecie być, w zgodzie ze sobą.

 
Babskie sprawy/ Blogowanie/ Lajf i stajl

„Jestem gruba, mam dość życia”

Spasiona, słoń, spuchnięta, nadmuchana, baleron, gruba berta, maciora, spaślak, wieloryb, waleń, morświn, świnia

Miesiąc temu poprosiłam, aby dziewczyny, które należą do mojej fejsbukowej grupy motywacyjnej wypełniły krótką ankietę. Do stworzenia tej ankiety „zainspirowały” mnie hasła poprzez które można trafić do mnie z Google. Oprócz standardowych typu „kremowe piwo” i „kuchnia filmowa”, których co miesiąc w statystykach jest pełno, od dawna widzę jak wiele osób trafia do mnie poprzez bardzo przykre zwroty.

dogrubej

To jest właściwie tylko niewielka część, ale najgorsze z nich typu „mam dość życia, jestem gruba” powtarzają się miesięcznie kilka, czasami kilkanaście razy. Ankieta miała określić czy kobiety kiedykolwiek spotkały się z niemiłym zachowaniem ze strony obcych, ale również bliskich osób. Ale także to w jaki sposób siebie postrzegają, czy mają wsparcie w swoich bliskich oraz jak wygląda ich samoakceptacja. Wiele z tych kobiet, napisało w ankiecie, że przez swoją sylwetkę czują się gorsze, myślą, że nic nie osiągną, że są słabe i nieatrakcyjne. Krytyka z jaką podchodzą do siebie jest ogromna. Co ma zrobić słaba psychicznie osoba, która tak źle o sobie myśli, a jeszcze do tego spotyka się z krytyką otoczenia? Zwroty, które znajdują się na samym początku tego postu, to również odpowiedzi ankiety. To określenia jakimi kiedykolwiek zostały nazwane. Grube osoby codziennie spotykają się z nienawiścią. Standardem jest nazwanie kogoś tłustą świnią czy obleśnym spaślakiem.

Dlaczego inność jest tak kontrowersyjna? 

Media stale pokazują, że ciało jest walutą. Ciało jest towarem, które musi być jak najlepszej jakości, aby mogło przynieść jak największy zysk. Od dziecka wbija się małym dziewczynkom do głowy, że muszą być szczupłe i zgrabne, bo jeśli tylko będą odstawać od większości, to automatycznie ich wartość się obniży.

Życiem kierują skrajności, nienawiść i zazdrość. Ja nienawidzę jednej rzeczy – tego, że zamiast wyciągnięcia ręki czasami wolimy podstawić komuś nogę. 

Widzicie u góry hasło „co zrobić, gdy jest się grubym i chce się, żeby ktoś Ci pomógł”? Dlaczego widząc swoją grubą koleżankę wolisz pomyśleć o niej „spaślak”, zamiast zaproponować jej wspólny trening? Przecież wzajemna pomoc jest taka prosta. To drobiazg, a dla kogoś może być zalążkiem motywacji. Małą iskrą, która spowoduje wzrost pewności siebie.

Moje ciało zawsze było dla mnie strasznym problemem. Nigdy nie wiedziałam jak mam z tym walczyć. W gimnazjum nienawidziłam siebie. Ciągle oglądałam się w lustrze, myślałam o swoim grubym brzuchu i ramionach. Nienawidziłam nosić bluzek z krótkim rękawkiem, bluzek na ramiączkach nie nosiłam nigdy. Zawsze marzyłam o tym, żeby ubrać sukienkę z odkrytymi ramionami. Wiele razy spotkałam się z przykrymi komentarzami dotyczącymi mojej wagi, wiele razy płakałam i myślałam o tym dlaczego ludzie potrafią być tacy podli. A teraz siedzę i myślę, jaki ze mnie badass i jak silna stałam się na przełomie kilku lat. Jak wiele kosztowało mnie to, żeby choć w małym procencie zacząć siebie akceptować i nie patrzeć na swoje odbicie z nienawiścią, a przede wszystkim jak zacząć odbijać nienawiść, z którą się spotykałam.  Teraz nikt nie jest w stanie zdołować mnie na tyle, żebym jeszcze kiedykolwiek pomyślała o sobie „faktycznie wyglądasz jak spasiona świnia”. To czego chcę w tym momencie, to dojść do tego etapu, w którym będę zadowolona ze swojego ciała. Bycie „zadowolonym” nie równa się dla mnie z „akceptowaniem”, a „akceptacja” nie równa się z „pogodzeniem się”.

Wiem, że liczy się to jaki człowiek jest, a nie to jak wygląda, skąd pochodzi, jakiej jest orientacji i jaki ma kolor skóry. Ludzie powinni być oceniani tylko i wyłącznie przez ich czyny i słowa. Cała reszta nie ma znaczenia.

Nie sądzę, aby mój wpis trafił do serca jakiegoś hejtera, ale wiem, że wśród Was jest wiele kobiet, które mają duży problem z akceptacją siebie.  Nie ma cudów, nic nie przychodzi samo. Trzeba nad sobą pracować, zarówno zewnętrznie i wewnętrznie. Akceptacja nie jest tym co możesz nabyć z dnia na dzień, ale nie pozwalajcie siebie obrażać. Reagujcie na hejt, podłe i obraźliwe komentarze. Po prostu nie dajcie się. Pokażcie, że nikt nie może i nie powinien Wami pomiatać.

CSTH

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie kampania #StopMowieNienawiści.

 
Babskie sprawy/ Zdrowie

Podsumowanie tygodnia diety #2

To już drugi tydzień? A mam wrażenie jakby dopiero drugi dzień. Dłużyło mi się w tym tygodniu strasznie. Mam PMS i ogólnie cały świat mnie wkurza. A do tego mam ochotę pochłonąć wszystko, tylko nie słodycze. To mnie akurat zdziwiło, bo zazwyczaj ciągnęło mnie do wszystkiego, a w szczególności do słodyczy, no ale… Zobaczmy jak poszły moje zeszłotygodniowe założenia.

Continue Reading…

 
Babskie sprawy/ Zdrowie

Podsumowanie tygodnia diety #1

Tydzień zmian w odżywianiu za mną! Choć mówię, że to „dieta” i że się „odchudzam”, to tak naprawdę moje główne założenia dotyczą czegoś innego. Jak pisałam, mój największy problem to nieregularne jedzenie. Okazuje się, że ten problem ma bardzo wiele kobiet i nie jest to jakaś moja fanaberia, że sobie rano wstaję i nie jem śniadań. Bo tak. Bo mogę. Bo mam taki kaprys. Nie, to nie tak. Mi się po prostu tych śniadań nie chciało jadać. I robić mi się też nie chciało. Swój głód zapychałam kawą i siadałam do kompa. Popołudniami i wieczorami nadrabiałam. Niby to też jakaś regularność, ale chyba nie o to chodzi w zdrowym podejściu do odżywania.

Continue Reading…

 
Babskie sprawy

6 powodów, dla których duże piersi wcale nie są fajne

W liceum moją nauczycielką od dwóch przedmiotów profilowych była Pani Ł., no i ta Pani Ł. była kobietą o dość dużym charakterze, osobowości… i piersiach. Sylwetkę miała sporą, ale te piersi… W klasyfikacji owocowej dałabym im rozmiar „arbuzowy”. Do tej całej postawności dodajcie sobie ostry charakter. Oj, była z niej żyleta. Chyba jako jedyna w całej szkole sprawdzała czy wszyscy w klasie mamy przebrane buty, a jak ktoś nie miał, to po prostu wywalała z klasy. Nie pieprzyła się w tańcu, tak krótko mówiąc. Lubiłam ją jak cholera i mogę powiedzieć, że to najlepsza nauczycielka jaką spotkałam w swojej edukacyjnej karierze. Ale wracając do głównego tematu – cycków. Pani Ł. miała to do siebie, że jak siadała przy biurku, to podnosiła swoje piersi z lekka do góry i kładła je (dosłownie) na blat biurka. No i pewnego razu siedzimy wszystkie jak na szpilkach, a Pani Ł. nagle zaczyna krzyczeć, że zaginął klucz do sali. Przeszukuje torebkę, biurko – nie ma. Wstaje i nagle… Klucze same wyskakują spod jej biustu. Sytuacja bardzo komiczna i zawsze przypominam sobie ją ilekroć narzekam na swoje duże piersi, bo uwierzcie mi, duży biust wcale nie jest tak fajny jak się pozornie wydaje. Dlaczego? Dlatego:

Continue Reading…